Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brzydal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brzydal. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 sierpnia 2014
Bhutan 2014 - epilog
środa, 25 czerwca 2014
Bhutan 2014 - Podróż "z" - Kontrasty
04 maja 2014 - niedziela
05 maja 2014 - poniedziałek
Przed szóstą rano zbieramy się na porannej kawie. O tej porze niczyj żołądek nie funkcjonuje normalnie, więc śniadanie zabieramy "na wynos". Pakujemy graty do trzech samochodzików i ruszamy. O mało co nie zostawiamy Moniki, bo każdy myśli, że pojechała w innym aucie, ale w końcu orientujemy się, że trzeba zaczekać.
Kilka kilometrów od hotelu, w którym nocowaliśmy stajemy na granicy. Z trzech busików pakujemy się do trzech innych aut, które zawiozą nas do Guwahati. W międzyczasie chyba Dorji ogarnia jakieś ostatnie formalności związane z naszym wyjazdem z Bhutanu.
05 maja 2014 - poniedziałek
Przed szóstą rano zbieramy się na porannej kawie. O tej porze niczyj żołądek nie funkcjonuje normalnie, więc śniadanie zabieramy "na wynos". Pakujemy graty do trzech samochodzików i ruszamy. O mało co nie zostawiamy Moniki, bo każdy myśli, że pojechała w innym aucie, ale w końcu orientujemy się, że trzeba zaczekać.
Kilka kilometrów od hotelu, w którym nocowaliśmy stajemy na granicy. Z trzech busików pakujemy się do trzech innych aut, które zawiozą nas do Guwahati. W międzyczasie chyba Dorji ogarnia jakieś ostatnie formalności związane z naszym wyjazdem z Bhutanu.
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Bhutan 2014 - Dzień 10 - Ostatki z niespodzianką
03 maja 2014 - sobota
Przed nami ostatni dzień jazdy i około dwustu kilometrów do zrobienia. Może dam radę. Nie czuję się zbyt dobrze. Oczy mam tak spuchnięte, ze wstyd iść na śniadanie i pokazać się ludziom. Chowam dumę w kieszeń. Trudno. Tak czasem bywa. Na wszelki wypadek nie podnoszę wzroku znad talerza, żeby nie straszyć tymi dwoma czerwonymi szparkami na twarzy...
Humor poprawia mi się nieco, gdy udaje mi się przekonać panią z recepcji, żeby sprzedała mi książkę "Path to Dharma", która i tu jest w każdym pokoju, a na dodatek kilka egzemplarzy leży sobie w lobby. Nawet nie negocjuję ceny. Wiem, kto ją dostanie w prezencie.
Powoli pakujemy się na motocykle, uzupełniam wodę w camelbaku. Czas ruszać. Ale, ale. Stop. Okazuje się, że moto Wujka wyrzygał olej i w dodatku zgubił sprzęgło. Gogo zaczyna więc dzień od naprawy. Każdy z nas odpala motocykl, żeby sprawdzić czy nic nie cieknie. Jest OK.
Przed nami ostatni dzień jazdy i około dwustu kilometrów do zrobienia. Może dam radę. Nie czuję się zbyt dobrze. Oczy mam tak spuchnięte, ze wstyd iść na śniadanie i pokazać się ludziom. Chowam dumę w kieszeń. Trudno. Tak czasem bywa. Na wszelki wypadek nie podnoszę wzroku znad talerza, żeby nie straszyć tymi dwoma czerwonymi szparkami na twarzy...
Humor poprawia mi się nieco, gdy udaje mi się przekonać panią z recepcji, żeby sprzedała mi książkę "Path to Dharma", która i tu jest w każdym pokoju, a na dodatek kilka egzemplarzy leży sobie w lobby. Nawet nie negocjuję ceny. Wiem, kto ją dostanie w prezencie.
Powoli pakujemy się na motocykle, uzupełniam wodę w camelbaku. Czas ruszać. Ale, ale. Stop. Okazuje się, że moto Wujka wyrzygał olej i w dodatku zgubił sprzęgło. Gogo zaczyna więc dzień od naprawy. Każdy z nas odpala motocykl, żeby sprawdzić czy nic nie cieknie. Jest OK.
niedziela, 22 czerwca 2014
Bhutan 2014 - Dzień 9 - Niebo się popłakało
02 maja 2014 - piątek
Okna hotelu są nieco przyciemnione i ciężko ocenić, czy jest pochmurno, czy nie. Uff, jest "w miarę". I sucho. To dobrze - zjazd spod hotelu nie będzie taki straszny. W sumie daję radę bezproblemowo, choć jadę w "asyście" w razie W.
Pierwszy przystanek mamy nieopodal, bo na stacji benzynowej. Ola niesie pomoc lokalnemu pieskowi z wielkim kleszczem na oku. Zjeżdżamy na chek-post, który mijaliśmy wczoraj, a za nim skręcamy w dolinę Trashiyangtse. Dolanie benzyny znowu powoduje inhalację oparami. Nie wiem co jest nie halo z tym korkiem wlewu paliwa.
Okna hotelu są nieco przyciemnione i ciężko ocenić, czy jest pochmurno, czy nie. Uff, jest "w miarę". I sucho. To dobrze - zjazd spod hotelu nie będzie taki straszny. W sumie daję radę bezproblemowo, choć jadę w "asyście" w razie W.
Pierwszy przystanek mamy nieopodal, bo na stacji benzynowej. Ola niesie pomoc lokalnemu pieskowi z wielkim kleszczem na oku. Zjeżdżamy na chek-post, który mijaliśmy wczoraj, a za nim skręcamy w dolinę Trashiyangtse. Dolanie benzyny znowu powoduje inhalację oparami. Nie wiem co jest nie halo z tym korkiem wlewu paliwa.
wtorek, 10 czerwca 2014
Bhutan 2014 - Dzień 8 - Dwa szlify twardziela
01 maja 2014 - czwartek
Dziś podobno nigdzie nam się nie spieszy. Rano więc jest czas na wyspanie się, zjedzenie dobrego śniadania i zwiedzanie miasteczka. Oczywiście korzystam z tej okazji, aby podpatrzeć jak płynie życie w niewielkiej miejscowości na końcu świata. A jak płynie? Spokojnie. Lokalesi handlują w sklepach "ze wszystkim", robią porządki - np. zamiatają wodę na jezdni, palą gałęzie. Ot tak snują się powoli i bez ciśnienia. Ja też się snuję - po miasteczku i po niedużym dzongu.
Dziś podobno nigdzie nam się nie spieszy. Rano więc jest czas na wyspanie się, zjedzenie dobrego śniadania i zwiedzanie miasteczka. Oczywiście korzystam z tej okazji, aby podpatrzeć jak płynie życie w niewielkiej miejscowości na końcu świata. A jak płynie? Spokojnie. Lokalesi handlują w sklepach "ze wszystkim", robią porządki - np. zamiatają wodę na jezdni, palą gałęzie. Ot tak snują się powoli i bez ciśnienia. Ja też się snuję - po miasteczku i po niedużym dzongu.
niedziela, 8 czerwca 2014
Bhutan 2014 - Dzień 7 - Ośnieżone Himalaje i tropikalna dżungla
30 kwietnia 2014 - środa
Dziś przed nami długa droga. Prawie 200 km. W dodatku podobno niebezpieczna - bardzo wąska i kręta. Taka lokalna "droga śmierci". Gogo i Dorji (a nawet motocykliści z Bhutan Dragons!) od kilku dni nam o tym mówią, że mamy jechać wolno i nie szaleć, zwłaszcza jakby pogoda była kiepska. Mamy używać klaksonów przed zakrętami i naprawdę bardzo uważać.
Po pożywnym śniadaniu wsiadamy na motki i jedziemy zatankować. Po wyjechaniu 2 km za miasteczko zatrzymujemy się - trzy motocykle maja jakiś paliwowy problem: u Jacka nie trzyma korek i paliwo się wylewa, u Oli też cieknie, a u mnie "wyskakuje" (zgubiłam wężyk) i nie tylko chlapie mi na moto i ciuchy, ale też zawraca mi w głowie gdy je wdycham. Gogo dość sprawnie ogarnia temat (ja dostaję wężyk) i jedziemy dalej.
Dziś przed nami długa droga. Prawie 200 km. W dodatku podobno niebezpieczna - bardzo wąska i kręta. Taka lokalna "droga śmierci". Gogo i Dorji (a nawet motocykliści z Bhutan Dragons!) od kilku dni nam o tym mówią, że mamy jechać wolno i nie szaleć, zwłaszcza jakby pogoda była kiepska. Mamy używać klaksonów przed zakrętami i naprawdę bardzo uważać.
Po pożywnym śniadaniu wsiadamy na motki i jedziemy zatankować. Po wyjechaniu 2 km za miasteczko zatrzymujemy się - trzy motocykle maja jakiś paliwowy problem: u Jacka nie trzyma korek i paliwo się wylewa, u Oli też cieknie, a u mnie "wyskakuje" (zgubiłam wężyk) i nie tylko chlapie mi na moto i ciuchy, ale też zawraca mi w głowie gdy je wdycham. Gogo dość sprawnie ogarnia temat (ja dostaję wężyk) i jedziemy dalej.
środa, 4 czerwca 2014
Bhutan 2014 - Dzień 6 - Offpoczynek
Plan na dziś - pokręcić się po okolicy. Zaczynamy od śniadania, w całości zrobionego z produktów własnego wyrobu. Dwa rodzaje chleba, marmolady, masło, płatki, sery... Bardzo przypomina mi to śniadania na snowboardowym evencie extremecarvingowym w Zinal w Szwajcarii... Przypadek?
Pogoda jest piękna przejrzyste powietrze i błękitne niebo pozwalają po raz pierwszy dostrzec ośniezone szczyty gór gdzieś na horyzoncie, gdy zmierzamy do pierwszego odwiedzanego dzisiaj miejsca - Dozngu Jakar. W porównaniu z dotychczas zwiedzanymi obiektami tego typu, ten jest dość skromny, za to mamy tam zapewnioną atrakcję wchodzenia i schodzenia po baaardzo stromych schodo-drabinach. Od razu widać różnice w europejskim i lokalnym sposobie wspinania się i schodzenia. Dorji wszystkich zachwyca zwinnością, z jaką śmiga po wąskich szczebelkach. My jednak wolimy powolne, pewne ruchy.
czwartek, 29 maja 2014
Bhutan 2014 - Dzień 5 - Gang dzikich wieprzy
Znowu dzień się zapowiada gorzej niż lepiej... dostaję wiadomość, która trochę ścina mnie z nóg... A pojechałam się resetować i chilloutować... kurde! Czasem żałuję, że technologia umożliwia takie szybkie przesyłanie informacji... Mimo tego, poranek jest piękny - zapowiada się wspaniała pogoda, niezbyt wiele kilometrów do przejechania i mnóstwo atrakcji po drodze.
Wczorajsze ustawienie motocykli było chyba dobre - Gogo ich nie przestawił. Pakujemy manatki na wóz serwisowy (tzn znowu robią to dziewczęta z obsługi hotelowej w swoich pięknych strojach... muszę przyznać, że w swoich coraz brudniejszych motociuchach czuję się przy nich lekko nie na miejscu...
środa, 28 maja 2014
Bhutan 2014 - Dzień 4 - Jakoś "nie tak"
27 kwietnia 2014 - niedziela
Coś z dniem dzisiejszym jest nie tak. Złe fluidy. Na "dzień dobry" płyną z Polski złe wiadomości o śmierci motocyklisty którego większość z nas znała lub przynajmniej kojarzyła. Oj, to nie jest dobry początek dnia.
Wyjeżdżamy z hotelu. Staram się koncentrować na jeździe, ale myśli gdzieś uciekają. Muszę bardzo uważać, nie chcę popełnić jakiegoś głupiego błędu. Droga jest dzisiaj dość wymagająca. Przed nami kilka przełęczy, dolin i dość sporo kilometrów. Pierwszy odcinek, który pokonujemy jest trochę offroadowy - nawierzchnia jest jaka jest, a zakrętów setki. Czuję takie dziwne zmęczenie. Co jest? Kryzys czwartego dnia? Może.
Coś z dniem dzisiejszym jest nie tak. Złe fluidy. Na "dzień dobry" płyną z Polski złe wiadomości o śmierci motocyklisty którego większość z nas znała lub przynajmniej kojarzyła. Oj, to nie jest dobry początek dnia.
Wyjeżdżamy z hotelu. Staram się koncentrować na jeździe, ale myśli gdzieś uciekają. Muszę bardzo uważać, nie chcę popełnić jakiegoś głupiego błędu. Droga jest dzisiaj dość wymagająca. Przed nami kilka przełęczy, dolin i dość sporo kilometrów. Pierwszy odcinek, który pokonujemy jest trochę offroadowy - nawierzchnia jest jaka jest, a zakrętów setki. Czuję takie dziwne zmęczenie. Co jest? Kryzys czwartego dnia? Może.
wtorek, 27 maja 2014
Bhutan 2014 - Dzień 3 - Drugie życie w królestwie fallusa
W nocy nie śpię za dobrze. Chyba jest za ciepło i wiercę się w łóżku. Mimo lekkiego niewyspania znowu nie mogę się doczekać tego, co przyniesie kolejny dzień. Jak zwykle zaczynamy od dobrego śniadania, a następnie zapakowania naszego wozu serwisowego. znowu bagaże nosi nam obsługa hotelu - drobne panienki w tradycyjnych bhutańskich strojach. Czuję się zażenowana patrząc jak w wąskich spódnicach do kostek dźwigają wielkie, ciężkie torby po stromych schodach...
poniedziałek, 26 maja 2014
Bhutan 2014 - Dzień 2 - Symbole Bhutanu
Po czym poznać że dzień będzie bardzo intensywny? Po tym, że trzeba wcześnie wstać, a śniadanie jest o 6:30. W Polsce jeszcze niektórzy nie poszli dobrze spać, a my już wstajemy.
KTMy czekają na nas ustawione w równy rządek. Brzydal dalej odpala z kopki - prace serwisowe skupiły się na wymianie pompy sprzęgła w motocyklu Piotrka. Pakujemy rzeczy na naszego hilluxa, na wierzchu zostawiając ciuszki na przebranie - dziś w planie mamy lekki trekking: trasę liczącą 6 km z 600 m przewyższenia. Zdobywamy Taktsang - Tygrysie Gniazdo - klasztor położony na 3120 m n.p.m., wiszący ok. 900 m nad dnem doliny. Jeden z najbardziej charakterystycznych obiektów w Bhutanie.
poniedziałek, 12 maja 2014
Bhutan 2014 - Dzień 1 - Nadmiar wrażeń
24 kwietnia 2014 - czwartek
Wcześnie robi się tu jasno. To dobrze, bo nie ma problemu z wczesnym wstawaniem. Śniadanie jest bardzo smaczne - tez dobrze. Zatankowane motocykle i wóz serwisowy czekają przed hotelem. Motki mają też (w większości) nowiutkie opony i generalnie prezentują się całkiem dobrze. Owszem, maja obtarcia tu i tam, ale to tylko dodaje im uroku... Faceci z bliznami :)
Mimo, że jest wcześnie, jest bardzo ciepło. Po etapie pakowania w zasadzie mogłabym wskoczyć pod prysznic, ale nie ma takiej opcji, trzeba zmykać z Phuentsholing. Przed nami jakieś 180 km drogi. Niby niedużo, ale w Bhutanie to kolosalna odległość.
Magda i Monika wybierają rolę plecaków. Monika nawet jeszcze nie plecaka, ale na razie pasażerki wozu serwisowego, dopóki Piotrek nie oswoi się z motocyklem i jazdą w Bhutanie. Ostatecznie jedzie 8 motocykli - 7 z "nami", a na ósmym Dorji, nasz przewodnik. Wóz serwisowy prowadzi Gogo, mechanik. Motocykle są w dobrych rękach... Podobno Gogo serwisuje jednoślady samego króla, więc musi być dobry :)
Wcześnie robi się tu jasno. To dobrze, bo nie ma problemu z wczesnym wstawaniem. Śniadanie jest bardzo smaczne - tez dobrze. Zatankowane motocykle i wóz serwisowy czekają przed hotelem. Motki mają też (w większości) nowiutkie opony i generalnie prezentują się całkiem dobrze. Owszem, maja obtarcia tu i tam, ale to tylko dodaje im uroku... Faceci z bliznami :)
Mimo, że jest wcześnie, jest bardzo ciepło. Po etapie pakowania w zasadzie mogłabym wskoczyć pod prysznic, ale nie ma takiej opcji, trzeba zmykać z Phuentsholing. Przed nami jakieś 180 km drogi. Niby niedużo, ale w Bhutanie to kolosalna odległość.
Bhutan 2014 - Podróż "do" - Biały szaliczek podróżnika
22 kwietnia 2014 - wtorek
23 kwietnia 2014 - środa
Jest niemożliwie wcześnie rano. W dodatku lekko pada. Przede mną pierwszy z lotów, do Warszawy. Odprawiam się chyba jako ostatnia pasażerka, kwadrans przed odlotem. Nie muszę się spieszyć. Kolejka do kontroli bezpieczeństwa jest jeszcze długa, bo jakiś pasażer chce koniecznie "przemycić" wielofunkcyjny scyzoryk typu "wszystko w jednym". W końcu się udaje dotrzeć na pokład. Lot do Warszawy zawsze mnie śmieszy - pół godziny, podczas których samolot nawet nie osiąga wysokości przelotowej, bo po starcie zaraz następuje lądowanie, a serwis obejmuje bogate menu: wafelek czekoladowy i wodę niegazowaną (o gazowaną trzeba poprosić i jest limitowana).
W Warszawie chwilę czekam na kolejny lot. Odprawiam się i w tym momencie zostaję zidentyfikowana przez Wujka (Pawła), jednego z uczestników wyjazdu. Ola, Sambor i Grzesiek, którzy też lecą tym samym samolotem do Doha, a następnie do Delhi, pojawiają się przed bramką na chwilę przed odlotem.
23 kwietnia 2014 - środa
Jest niemożliwie wcześnie rano. W dodatku lekko pada. Przede mną pierwszy z lotów, do Warszawy. Odprawiam się chyba jako ostatnia pasażerka, kwadrans przed odlotem. Nie muszę się spieszyć. Kolejka do kontroli bezpieczeństwa jest jeszcze długa, bo jakiś pasażer chce koniecznie "przemycić" wielofunkcyjny scyzoryk typu "wszystko w jednym". W końcu się udaje dotrzeć na pokład. Lot do Warszawy zawsze mnie śmieszy - pół godziny, podczas których samolot nawet nie osiąga wysokości przelotowej, bo po starcie zaraz następuje lądowanie, a serwis obejmuje bogate menu: wafelek czekoladowy i wodę niegazowaną (o gazowaną trzeba poprosić i jest limitowana).
W Warszawie chwilę czekam na kolejny lot. Odprawiam się i w tym momencie zostaję zidentyfikowana przez Wujka (Pawła), jednego z uczestników wyjazdu. Ola, Sambor i Grzesiek, którzy też lecą tym samym samolotem do Doha, a następnie do Delhi, pojawiają się przed bramką na chwilę przed odlotem.
niedziela, 20 kwietnia 2014
Bhutan 2014 - prolog
W święta "powinno być" posprzątane. Tymczasem u mnie panuje lekki przedwyjazdowy bałagan. Rzeczy, które chcę zabrać piętrzą się na stole (wszystkie "niezbędne klamoty" typu elektronika, dokumenty, kosmetyki) i sofie (ciuchy). Jeszcze nie do końca mam ułożone w głowie jak to najbardziej optymalnie zapakować na wieloodcinkową podróż Kraków-Warszawa-Doha-Delhi-Bagdogra-Bhtuan... Zanim wszystko finalnie powędruje do toreb i plecaków muszę poświęcić nieco czasu na ogarnięcie kamerki i demontaż interkomu z kasku.
W zasadzie jeszcze nie za bardzo czuje ten wyjazd. Choć już gdzieś pojawia się lekkie włókno ryżowe, tj. reisefieber, to moja urlopowa mapa zapłonu nie jest w pełni włączona. Ostatni czas to kolosalne zmiany, zmiany, zmiany, a co za tym idzie mnóstwo pracy, nie tylko tej na korporacyjnym etacie, ale również przy okazji popychania do przodu spraw prywatnych. Mam nadzieję, że wszystko się dobrze poukłada.
W zasadzie jeszcze nie za bardzo czuje ten wyjazd. Choć już gdzieś pojawia się lekkie włókno ryżowe, tj. reisefieber, to moja urlopowa mapa zapłonu nie jest w pełni włączona. Ostatni czas to kolosalne zmiany, zmiany, zmiany, a co za tym idzie mnóstwo pracy, nie tylko tej na korporacyjnym etacie, ale również przy okazji popychania do przodu spraw prywatnych. Mam nadzieję, że wszystko się dobrze poukłada.
środa, 26 marca 2014
Projekt "Bhutan 2014 - Kraj Grzmiącego Smoka"
Listopad 2013 roku był dla mnie trudnym czasem. Generalnie było szaro, buro i pochmurno, mimo tego, że jesień wciąż była piękna, ciepła i złota. Kolejny raz miałam ochotę "rzucić to wszystko" i zniknąć. Poprzednio taki stan zaowocował dość szybką decyzją o wyjeździe na Karaiby. I tym razem myśli uciekły mi bardzo daleko... Choć w drugą stronę. Pomyślałam o Indiach... I trasie z Manali do Leh przejechanej na Enfieldzie. Wiem, oklepany pomysł, ale i tak bardzo pociągający. Kiedyś i tak to zrobię... Potem myśli uciekły jeszcze dalej na wschód... Nepal... znam takiego co pojechał tam i zwiedził kraj "nejkedem"... Też tam kiedyś pojadę... Jeszcze dalej na wschód... Bhutan. Stop! Byłam kiedyś na pokazie zdjęć z wyjazdu do tego kraju. W dodatku parę dni wcześniej moja szkolna przyjaciółka wrzuciła na FB fotkę klasztoru w Paro z podpisem "My dream: to go there." Ponieważ było to również moje marzenie, od czasu tego pokazu zdjęć, powiedziałam sobie: jadę tu! Co więcej - zwiedzę ten kraj na motocyklu! I w taki sposób powstał plan na majówkę 2014.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







