Ciężkie okiennice w oknach sprawiają, że do pokoju wpada niewiele światła, więc znowu budzimy się "za późno". Tym razem koło dziewiątej. Od 9:30 czynna jest recepcja, więc niestety nie uda się "zabawić w czary" - zniknąć. Wykorzystujemy to, że mamy do dyspozycji ekspres do kawy - ja wybieram kapsułkę espresso, Leff jakąś inną, ale w sumie nie wiem jaką. Kawa jest całkiem niezła.
Powoli zbieramy graty i schodzimy uiścić umówioną wcześniej kwotę za pokój. Mamy nadzieję, ze za pokój, a nie od osoby. Uff, okazuje się, że jednak za pokój. Miły pan z recepcji pyta czy chcemy kawy - nie, dziękujemy, już się w tej kwestii obsłużyliśmy. Pytamy czy możemy zostawić na recepcji nasze bagaże na czas zwiedzania miasteczka - możemy, ale recepcja jest zamknięta od 12:00 do 16:00, więc jak wrócimy w tych godzinach, to raczej nie dostaniemy swoich rzeczy. W dodatku lepiej, żebyśmy przeparkowali motocykle spod ściany na parking, bo tu może się ktoś przyczepić. Że co? Że we Włoszech może się ktoś przyczepić do niekoniecznie prawidłowo zaparkowanego pojazdu? Niemożliwe. Ale dobra, postanawiamy jednak zapiąć bagaże na motocykle i odstawić je na parking dwadzieścia metrów dalej.
Na parkingu jest słownie: jedno_wolne_miejsce. W pełnym słońcu. Z braku laku... zostawiamy Gustawa i Giselle, ja przebieram się w easytony - po pierwsze podobno korzystnie wpływają na figurę ;) a po drugie jest trochę ciepło na zwiedzanie w butach motocyklowych, choć Leff jest twardzielem i butów nie zmienia. Może dlatego, ze właśnie niedawno je kupił i musi się nimi nacieszyć ;)