30 lipca 2013 - wtorek
Szybkie śniadanko robimy we własnym zakresie, bo knajpa otwiera się dopiero o 10:00. Wyjeżdżamy nawet sprawnie - przed nami ostatni dzień w Armenii. Najpierw jednak musimy zatankować. Zajeżdżamy na pierwszą stację benzynową. Wygląda jak opustoszała, ale po chwili pojawia się zaspany pracownik. Po kolei tankujemy motocykle. Czas na Oliviera. Licznik wskazuje 14 litrów, 15, 16... hmm coś jest nie tak, tak sucho w baku nie miałam, więc albo jest tu jakiś przekręt, albo... STOP!!! Paliwo leje się po motocyklu. Pistolet nie odbił i mam wszystko w benzynie - boczek, łańcuch, oponę... pięknie... I jeszcze mam za to zapłacić?
Jedziemy dalej. Wjeżdżamy w tunel, w którym jak się okazuje trwają prace remontowe. Robotnicy są bardzo słabo oznakowani, widzi się ich dopiero w ostatnim momencie. Za to za tunelem jest inna Armenia... Czuję się jak w Alpach. W Słowenii. Idealny asfalt, dookoła leśne zbocza, serpentyny. Ale o tym że jesteśmy w Armenii przekonuję się już za chwilę - za ostrym zakrętem w prawo stoi policja i kogoś kontroluje... można się zdziwić wypadając zza zakrętu...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armenia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
piątek, 23 sierpnia 2013
Caucasus Tour 2013 - Luzzz
29 lipca 2013 - poniedziałek
Budzę się jeszcze zanim Rogal i Robert wyjeżdżają do Kutaisi, to dobrze, bo wczoraj jakoś wcześnie poszłam spać i nie dotrzymałam im towarzystwa, a głupio by było tak bez pożegnania.
Zapowiada się dziwny dzień - nigdzie nie trzeba jechać, ale z drugiej strony pogoda nie zapowiada się odpowiednia na plażing i smażing, a tym bardziej foczing.
Chłopaki wyjeżdżają, a my, czyli pozostała część ekipy, idziemy na śniadanie. W karcie nie ma zestawów śniadaniowych, ale obok siedzi para z Polski i zamawia nam to co oni jedzą w ramach hotelowego śniadania... no, prawie to samo, bo oni mieli jajecznicę, a nam nierozgarnięty kelner mówi ze da omlety... które w efekcie okazują się jajkami sadzonymi. Zamiast pomidorów dostajemy sałatkę z pomidorów, ogórków, cebuli i koperku. Dobrze, że nie kolendry... Koniec działania fifirifi oznacza koniec śniadania - nie wiem, czy chcieli nas w ten sposób wyprosić z restauracji, ale tak czy inaczej zwijamy się. Czas na pranie, nic nie robienie, nadrabianie zaległości wszelakich.
Budzę się jeszcze zanim Rogal i Robert wyjeżdżają do Kutaisi, to dobrze, bo wczoraj jakoś wcześnie poszłam spać i nie dotrzymałam im towarzystwa, a głupio by było tak bez pożegnania.
Zapowiada się dziwny dzień - nigdzie nie trzeba jechać, ale z drugiej strony pogoda nie zapowiada się odpowiednia na plażing i smażing, a tym bardziej foczing.
Chłopaki wyjeżdżają, a my, czyli pozostała część ekipy, idziemy na śniadanie. W karcie nie ma zestawów śniadaniowych, ale obok siedzi para z Polski i zamawia nam to co oni jedzą w ramach hotelowego śniadania... no, prawie to samo, bo oni mieli jajecznicę, a nam nierozgarnięty kelner mówi ze da omlety... które w efekcie okazują się jajkami sadzonymi. Zamiast pomidorów dostajemy sałatkę z pomidorów, ogórków, cebuli i koperku. Dobrze, że nie kolendry... Koniec działania fifirifi oznacza koniec śniadania - nie wiem, czy chcieli nas w ten sposób wyprosić z restauracji, ale tak czy inaczej zwijamy się. Czas na pranie, nic nie robienie, nadrabianie zaległości wszelakich.
czwartek, 22 sierpnia 2013
Caucasus Tour 2013 - Ciepło-zimno
28 lipca 2013 - niedziela
Ruszamy na Tatew. Ponoć podjazd jest trudny, więc Bułek zostawia kufry pod opieką gospodarzy, u których nocowaliśmy. Podjazd jest w sumie łatwiejszy niż się spodziewaliśmy - droga jest na tyle szeroka, że spokojnie można się minąć z samochodem, nawet na agrafkach (o ile samochód będzie jechał "po swoim pasie"). Na górze jesteśmy jednymi z pierwszych. Zastanawiamy się skąd można zrobić dobre zdjęcie podjazdu - pewnie z okolicy kolejki linowej. Postanawiam więc to sprawdzić, ale ochrona kolejki zawraca mnie mówiąc, że to teren prywatny... Wchodzę więc do monasteru, ale stamtąd też zostaję wyproszona. Jak to, przecież mam nakrycie głowy. Okazuje się że jest nieodpowiednie, bo powinnam mieć białą chustę spływającą po włosach i miękko opadającą na ramiona... no żesz kur... Przemieszczam się więc drogą wzdłuż zbocza, żeby pstryknąć "folderową" fotkę monasteru :)
Ruszamy na Tatew. Ponoć podjazd jest trudny, więc Bułek zostawia kufry pod opieką gospodarzy, u których nocowaliśmy. Podjazd jest w sumie łatwiejszy niż się spodziewaliśmy - droga jest na tyle szeroka, że spokojnie można się minąć z samochodem, nawet na agrafkach (o ile samochód będzie jechał "po swoim pasie"). Na górze jesteśmy jednymi z pierwszych. Zastanawiamy się skąd można zrobić dobre zdjęcie podjazdu - pewnie z okolicy kolejki linowej. Postanawiam więc to sprawdzić, ale ochrona kolejki zawraca mnie mówiąc, że to teren prywatny... Wchodzę więc do monasteru, ale stamtąd też zostaję wyproszona. Jak to, przecież mam nakrycie głowy. Okazuje się że jest nieodpowiednie, bo powinnam mieć białą chustę spływającą po włosach i miękko opadającą na ramiona... no żesz kur... Przemieszczam się więc drogą wzdłuż zbocza, żeby pstryknąć "folderową" fotkę monasteru :)
wtorek, 20 sierpnia 2013
Caucasus Tour 2013 - Nielegalnie na linii frontu
27 lipca 2013 - sobota
Rano hotel jest wymarły. Nie ma nikogo z obsługi. Wszystko jest zamknięte, więc nie możemy zjeść śniadania. Może więc rabat wynikał właśnie z braku wyżywienia? No cóż, bywa. Pakujemy się, przebieramy w ciuchy, z zamiarem zjedzenia czegoś gdzieś na trasie. Wtedy busik przywozi ekipę hotelową. Jak gimbus przywożący dzieci do szkoły. Udaje się zamówić śniadanie - nic specjalnego: jajka, ser, chleb, dżem...
Wyjeżdżamy z hotelu, ale stajemy w w centrum wioski, żeby kupić prowiant na piknik w lokalnym sklepiku i popodziwiać kolejne perełki lokalnej architektury - szalety miejsce ozdobione tablicami rejestracyjnymi i... Titanica :) Ach ta tęsknota za morzem ;)
Rano hotel jest wymarły. Nie ma nikogo z obsługi. Wszystko jest zamknięte, więc nie możemy zjeść śniadania. Może więc rabat wynikał właśnie z braku wyżywienia? No cóż, bywa. Pakujemy się, przebieramy w ciuchy, z zamiarem zjedzenia czegoś gdzieś na trasie. Wtedy busik przywozi ekipę hotelową. Jak gimbus przywożący dzieci do szkoły. Udaje się zamówić śniadanie - nic specjalnego: jajka, ser, chleb, dżem...
Wyjeżdżamy z hotelu, ale stajemy w w centrum wioski, żeby kupić prowiant na piknik w lokalnym sklepiku i popodziwiać kolejne perełki lokalnej architektury - szalety miejsce ozdobione tablicami rejestracyjnymi i... Titanica :) Ach ta tęsknota za morzem ;)
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Caucasus Tour 2013 - Górski Karabach żąda dostępu do morza
26 lipca 2013 - piątek
O ile miejscówka jest bardzo fajna do spania, to nie ma w ofercie śniadania. A może ma, ale później - nie dogadaliśmy się w każdym razie z personelem w tej kwestii ;) Nam zależy na w miarę wczesnym wylocie, więc robimy kawę i herbatę we własnym zakresie. DO jedzenia serwuje placek - śmieję się, że upiekłam,a le to ten wczorajszy, słodki, którym raczyliśmy się na pikniku przy nagrobku.
Ze względu na to, że jest piątek, a my planujemy wjazd do Górskiego Karabachu (NKR) i musimy jeszcze zdążyć do MSZ w Stepanakercie żeby wyrobić sobie wizy (bo w weekend tego nie zrobimy, bez wizy po republice poruszać się nie wolno, a nie mamy zamiaru tam utknąć do poniedziałku) zmieniamy nieco kolejność i Tatew odwiedzimy innego dnia. A dzisiaj - gnamy do NKR.
O ile miejscówka jest bardzo fajna do spania, to nie ma w ofercie śniadania. A może ma, ale później - nie dogadaliśmy się w każdym razie z personelem w tej kwestii ;) Nam zależy na w miarę wczesnym wylocie, więc robimy kawę i herbatę we własnym zakresie. DO jedzenia serwuje placek - śmieję się, że upiekłam,a le to ten wczorajszy, słodki, którym raczyliśmy się na pikniku przy nagrobku.
Ze względu na to, że jest piątek, a my planujemy wjazd do Górskiego Karabachu (NKR) i musimy jeszcze zdążyć do MSZ w Stepanakercie żeby wyrobić sobie wizy (bo w weekend tego nie zrobimy, bez wizy po republice poruszać się nie wolno, a nie mamy zamiaru tam utknąć do poniedziałku) zmieniamy nieco kolejność i Tatew odwiedzimy innego dnia. A dzisiaj - gnamy do NKR.
piątek, 16 sierpnia 2013
Caucasus Tour 2013 - Święte miejsca
Wczesnym rankiem już jest ciepło. Z jednej strony to dobrze, w końcu jest lato, z drugiej jazda w upale to żadna frajda, ale wiedzieliśmy, że tak może być. Dzisiaj w planie mamy sporo zwiedzania - cztery punkty na trasie - cztery świątynie. Śniadanie jest takie sobie, chłopaki jacyś markotni - okazuje się że każdy ma jakieś kłopoty żołądkowe. Abo ja jestem pancerna albo oni delikatni, bo nic mi nie jet. Mimo, żę oni codziennie się dezynfekują jakimiś mocniejszymi procentami. Ja za to przy wyjazdach stosuje inny patent - codziennie łykam porcyjkę bakcyli kwasu mlekowego, takich jak się stosuje przy antybiotykoterapii. Przez to moja flora bakteryjna jest zawsze w pełni sił i nie daje się skolonizować żadnym obcym ;)
Przed wyjazdem próbuję jeszcze odebrać mój paszport, który dałam wczoraj obsłudze hotelu przy meldunku. Nigdzie go nie ma. Pan, który jest dzisiaj nie mówi w żadnym języku, który byłby wspólny i dla mnie. Po kwadransie poszukiwań znajdujemy mój paszport w kserokopiarce ;)
Nawigacja Grześka jakoś dziwnie nas prowadzi. Najpierw wjeżdżamy chłopu na podwórko i musimy zawrócić. Pomimo włączenia opcji omijania dróg innych niż asfalt w pewnym momencie docieramy do średniej jakości szutru. Z przeciwka jedzie zielona łada (klasyczne kanciaste łady, zwłaszcza w białym malowaniu ze wszystkimi szybami przyciemnionymi to tu najpopularniejszy samochód ;)) i jej kierowca mówi nam, ze widział nas dwa dni temu w Gruzji i że droga przed nami jest bardzo kiepska i proponuje nam lepszą... Jak się okazuje później, ta lepsza jest bardzo słaba, więc aż boję się pomyśleć, jak wygląda ta kiepska wg lokalesa...
czwartek, 15 sierpnia 2013
Caucasus Tour 2013 - Tu Radio Erywań
24 lipca 2013 - środa
Plan wdrażania wczesnych pobudek nie bardzo się sprawdza, choć i tak jest lepiej niż ostatnio - wstajemy o ósmej. Upał jakby zelżał. Jest chłodno i wilgotno. Ciuchy znowu nie wyschły. Jak tak dalej pójdzie, to będzie z nich niezła kiszonka...
Jemy śniadanie na tarasie hotelu z widokiem na skalne miasto. Robi wrażenie. Wydaje się prawie nieprawdopodobne, że mogło tu się schronić nawet 50 tysięcy ludzi... Na drogę zaczynają wychodzić krowy. To chyba odmiana turystyczna - idą wolnym krokiem przez most w kierunku skalnego miasta, by zacząć przeżuwać trawę na jego zboczach...
Plan wdrażania wczesnych pobudek nie bardzo się sprawdza, choć i tak jest lepiej niż ostatnio - wstajemy o ósmej. Upał jakby zelżał. Jest chłodno i wilgotno. Ciuchy znowu nie wyschły. Jak tak dalej pójdzie, to będzie z nich niezła kiszonka...
Jemy śniadanie na tarasie hotelu z widokiem na skalne miasto. Robi wrażenie. Wydaje się prawie nieprawdopodobne, że mogło tu się schronić nawet 50 tysięcy ludzi... Na drogę zaczynają wychodzić krowy. To chyba odmiana turystyczna - idą wolnym krokiem przez most w kierunku skalnego miasta, by zacząć przeżuwać trawę na jego zboczach...
Subskrybuj:
Posty (Atom)