27 maja 2018 - niedziela
Wczoraj zrobiliśmy naprawdę solidny kawałek trasy, więc dzisiaj ciśnienie jest mniejsze. Znosimy bagaże na parking. Objuczanie Oliviera trwa nieporównywalnie krócej niż Królowej, więc w ramach czynu społecznego idę do sklepu po wodę i jakiś prowiant na śniadanie i przekąski podczas drogi. Zakupioną szamkę spożywamy siedząc na krawężniku przy motocyklach, co wzbudza zainteresowanie kilku lokalesów, którzy raz po raz podchodzą i zagadują. Młodsi znają angielski, więc jest łatwiej. Starsi nie znają, więc jest zabawniej. Na szczęście języki słowiańskie są na tyle do siebie pogodne, że z grubsza można się dogadać. I tak poznajemy kilka ciekawych historii, oczywiście związanych z motocyklami i wszelakimi przygodami z ich udziałem.
W końcu wyjeżdżamy z miasta i kierujemy się w stronę granicy z Czarnogórą. Droga jest fajna, widokowa, pozakręcana. Ruch dość nieduży, ale zdarzają się sytuacje przy których robi się bardziej gorąco, gdy np. widzimy jak samochód przed nami przy wyprzedzaniu mija się z tym jadącym z przeciwka na milimetry.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarnogóra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarnogóra. Pokaż wszystkie posty
piątek, 22 czerwca 2018
niedziela, 1 listopada 2015
Rumunia i coś jeszcze - Dzień 5 - Mało Pivy(a)
14 września 2015 - poniedziałek
Chcemy wyjechać wcześnie. Niestety śniadanie ma sporą obsuwę czasową. Kolejne opóźnienie powstaje w wyniku szukania i rezerwacji hotelu w Dubrowniku, gdzie chcemy dzisiaj dojechać.
W końcu ruszamy, ale nie docieramy zbyt daleko - czterdzieści kilometrów dalej stajemy na kawkę i podziwianie okolicy przy moście na Tarze.
Pogoda wreszcie jest piękna, można bez przeszkód napawać się tym wszystkim, co dookoła. Ostatnio nie miałam tu tyle szczęścia do słonka :)
Chcemy wyjechać wcześnie. Niestety śniadanie ma sporą obsuwę czasową. Kolejne opóźnienie powstaje w wyniku szukania i rezerwacji hotelu w Dubrowniku, gdzie chcemy dzisiaj dojechać.
W końcu ruszamy, ale nie docieramy zbyt daleko - czterdzieści kilometrów dalej stajemy na kawkę i podziwianie okolicy przy moście na Tarze.
Pogoda wreszcie jest piękna, można bez przeszkód napawać się tym wszystkim, co dookoła. Ostatnio nie miałam tu tyle szczęścia do słonka :)
środa, 28 października 2015
Rumunia i coś jeszcze - Dzień 4 - Mordy
13 września 2015 - niedzielaBudzik dzwoni o 6 rano. Dobrze mi i wcale nie chce mi się wstawać, więc "dosypiam" do 6:30. O 7:00 jestem w sali śniadaniowej, ale jest taki tłum (tzn z 5 osób, ale to i tak za dużo jak na to pomieszczenie), że nie znajduję sobie miejsca więc odpuszczam. Po 5 minutach próbuje ponownie i szybko wciągam śniadanie. Na tyle szybko, że o 7:15 jestem w garażu, na miejscu zbiórki. Niestety nie wszyscy są, więc wyjazd następuje dopiero trzy kwadranse później...
Na podbój Czarnogóry ruszamy dziesięcioosobową grupą. Prowadzi Ola. Tempo jest sprawne, na ile pozwala mgła, ziąb i niskie chmury. Droga jest nudna, choć bywają chwile natychmiastowego otrzeźwienia i przypływu adrenaliny, jak ten, kiedy Ola wyprzedza i w trakcie manewru wyrasta przed nią jak spod ziemi autokar... całkowicie niewidoczny wcześniej we mgle i do tego jadący bez świateł.... było blisko...
poniedziałek, 6 października 2014
Bałkany 2014 - Dzień 9 - Długie pociągnięcie
Deja vu. To już się działo. Piękny poranek, mgła powoli podnosi się znad pól; świeci piękne słońce. Pyszne śniadanie i rozliczenie. Pakuję się na motocykl, robię pamiątkową fotkę, tym razem z Danijelem i wyjeżdżam zanim się rozkleję. Tak mi tu dobrze. Naprawdę nie chcę wyjeżdżać. Nie wiem kiedy tu wrócę... może w przyszłym roku? Pewnie nie wcześniej...
Po raz kolejny jadę serpentynami na Pluzine. Tu jest jeszcze pochmurno. Kanion Pivy - jak zwykle piękny. Słońce wychodzi z mgły i chmur gdy jestem na granicy Czarnogóry.
piątek, 3 października 2014
Bałkany 2014 - Dzień 8 - Nigdy dość!
17 września 2014 - środa
Pierwszy raz od dłuższego czasu się naprawdę wysypiam. Nigdzie mi się nie spieszy. Przyjechałam tu ładować baterie, a nie spinać się czymkolwiek. Limit wkurzenia na tym wyjeździe już został wyczerpany. Pogoda jest wreszcie taka jak powinna - rześko, ale słonecznie.
Jem przepyszne śniadanie - tym razem omlet - czyli taką bardziej jajecznicę bez boczku, za to z serem. Pychota. I porcja jakby mniejsza niż jajecznicy, więc nie pękam bardzo, tylko trochę. No i ten chleb pieczony w domu. Jedna kromka niewiarygodnie nasyca. A przede wszystkim wyśmienicie smakuje. Choć w sumie niezależnie od stopnia najedzenia kromka świeżego chleba z masłem (choć tu bez masła) zawsze wejdzie ;)
Pierwszy raz od dłuższego czasu się naprawdę wysypiam. Nigdzie mi się nie spieszy. Przyjechałam tu ładować baterie, a nie spinać się czymkolwiek. Limit wkurzenia na tym wyjeździe już został wyczerpany. Pogoda jest wreszcie taka jak powinna - rześko, ale słonecznie.
Jem przepyszne śniadanie - tym razem omlet - czyli taką bardziej jajecznicę bez boczku, za to z serem. Pychota. I porcja jakby mniejsza niż jajecznicy, więc nie pękam bardzo, tylko trochę. No i ten chleb pieczony w domu. Jedna kromka niewiarygodnie nasyca. A przede wszystkim wyśmienicie smakuje. Choć w sumie niezależnie od stopnia najedzenia kromka świeżego chleba z masłem (choć tu bez masła) zawsze wejdzie ;)
Bałkany 2014 - Dzień 7 - Powrót
16 września 2014 - wtorek
Na śniadanie dojadam wczorajsza pizzę, której nie zmieściłam, pomimo tego, że jak zwykle była pyszna. Kuba zabiera Oskara do przedszkola, Mojca szykuje Kalinę do szkoły,a le ta nie chce iść, dopóki ja jestem. Muszę więc się sprawnie zebrać, żeby pierwszoklasistka się nie spóźniła. Pakuję się na Oliviera, robimy jakieś pożegnalne fotki i ruszam. Pogoda nie rozpieszcza - jest wielka mgła, samochody poruszają się w żółwim tempie. Wjeżdżam na autostradę i kieruję się na Zagrzeb. Mgła przechodzi w mżawkę, mżawka w deszcz, przed wjazdem do Chorwacji jednak się nieco wypogadza.
A gdzie jadę... no cóż... najbardziej nieoptymalnie... wracam do Czarnogóry!
Na śniadanie dojadam wczorajsza pizzę, której nie zmieściłam, pomimo tego, że jak zwykle była pyszna. Kuba zabiera Oskara do przedszkola, Mojca szykuje Kalinę do szkoły,a le ta nie chce iść, dopóki ja jestem. Muszę więc się sprawnie zebrać, żeby pierwszoklasistka się nie spóźniła. Pakuję się na Oliviera, robimy jakieś pożegnalne fotki i ruszam. Pogoda nie rozpieszcza - jest wielka mgła, samochody poruszają się w żółwim tempie. Wjeżdżam na autostradę i kieruję się na Zagrzeb. Mgła przechodzi w mżawkę, mżawka w deszcz, przed wjazdem do Chorwacji jednak się nieco wypogadza.
A gdzie jadę... no cóż... najbardziej nieoptymalnie... wracam do Czarnogóry!
wtorek, 30 września 2014
Bałkany 2014 - Dzień 5 - Do wiatru...
14 września 2014 - niedziela
Wcale mi się nie spieszy. Co prawda wiem, że cały dzień jazdy przede mną, ale... pakowanie idzie mi wyjątkowo powoli. Nie chce mi się. Znowu jem pyszne śniadanie, rozliczam się (rachunek na pewno się nie zgadza, powinnam zapłacić więcej i jest mi z tego powodu trochę głupio)... Dostaję płynną przesyłkę dla przyjaciela, która mam dowieźć bezpiecznie do Polski - nie ma sprawy, na pewno nie wypiję. Anastazja jeszcze śpi, więc żegnam się z resztą rodziny - Danijelem, mamą i tatą. Jeszcze tylko pamiątkowa fotka i jadę. I tak już mam łzy w oczach. Jak mi się nie chce stąd wyjeżdżać...
Wcale mi się nie spieszy. Co prawda wiem, że cały dzień jazdy przede mną, ale... pakowanie idzie mi wyjątkowo powoli. Nie chce mi się. Znowu jem pyszne śniadanie, rozliczam się (rachunek na pewno się nie zgadza, powinnam zapłacić więcej i jest mi z tego powodu trochę głupio)... Dostaję płynną przesyłkę dla przyjaciela, która mam dowieźć bezpiecznie do Polski - nie ma sprawy, na pewno nie wypiję. Anastazja jeszcze śpi, więc żegnam się z resztą rodziny - Danijelem, mamą i tatą. Jeszcze tylko pamiątkowa fotka i jadę. I tak już mam łzy w oczach. Jak mi się nie chce stąd wyjeżdżać...
niedziela, 28 września 2014
Bałkany 2014 - Dzień 4 - Droga, której nie ma
13 września 2014 - sobota
Spałam jak dziecko. Nie, nie dlatego, że całą noc płakałam i trzy razy nawaliłam w pieluchę, tylko po prostu naprawdę dobrze spałam. Ranek jest wilgotny, ale nie pada. Pewnie jeszcze, znając moje szczęście.
Jem przepyszne śniadanie - ogromniastą porcję jajecznicy na boczku z serem. Jak tak dalej pójdzie żywnościowo, to tu przytyję. Albo pęknę.
Gdy ja jem śniadanie, Danijel uczy się do egzaminu na prawo jazdy - dorabia kolejną kategorię... W międzyczasie tez rozmawiamy o tym, gdzie mogę pojechać i co zobaczyć. Planów jest kilka, w tym mały offroad (dzięki bransoletce odwagi) - zobaczymy co z tego wyjdzie. Zapisuję w telefonie numer do Danijela, jak wyglebię czy coś i nie będę w stanie sobie poradzić, to mam dzwonić, to przyjedzie i mnie poskłada. Fajnie - prywatne assitstance ;)
Spałam jak dziecko. Nie, nie dlatego, że całą noc płakałam i trzy razy nawaliłam w pieluchę, tylko po prostu naprawdę dobrze spałam. Ranek jest wilgotny, ale nie pada. Pewnie jeszcze, znając moje szczęście.
Jem przepyszne śniadanie - ogromniastą porcję jajecznicy na boczku z serem. Jak tak dalej pójdzie żywnościowo, to tu przytyję. Albo pęknę.
Gdy ja jem śniadanie, Danijel uczy się do egzaminu na prawo jazdy - dorabia kolejną kategorię... W międzyczasie tez rozmawiamy o tym, gdzie mogę pojechać i co zobaczyć. Planów jest kilka, w tym mały offroad (dzięki bransoletce odwagi) - zobaczymy co z tego wyjdzie. Zapisuję w telefonie numer do Danijela, jak wyglebię czy coś i nie będę w stanie sobie poradzić, to mam dzwonić, to przyjedzie i mnie poskłada. Fajnie - prywatne assitstance ;)
piątek, 26 września 2014
Bałkany 2014 - Dzień 3 - Dwie zguby, dwa prezenty
12 września 2014 - piątek
Z Hostelu udaje mi się wyjechać przed deszczem, choć widzę jak niebo się chmurzy, gdzieniegdzie coś grzmi i błyska. Nie mogę znaleźć jednego żółtego ekspandera, którym mocowałam żółtą rolkę. Ciekawe czy zgubiłam teraz, czy jeszcze w Zadarze... No trudno. Poradzę sobie bez niego.
Po 200 metrach zatrzymuję się w sklepie. Uzupełniam zapas wody w camelbaku i kupuję 2 litry piwa. Ożujsko jest na promocji. Siostra się ucieszy ;)
Pierwszy cel na dziś to Mostar. Zumo pokazuje trasę przez góry. Nie słucham go, chcę przejechać wybrzeżem, może uda się zrobić jednak fotkę na jakiej mi zależy, może zaświeci słońce...
Z Hostelu udaje mi się wyjechać przed deszczem, choć widzę jak niebo się chmurzy, gdzieniegdzie coś grzmi i błyska. Nie mogę znaleźć jednego żółtego ekspandera, którym mocowałam żółtą rolkę. Ciekawe czy zgubiłam teraz, czy jeszcze w Zadarze... No trudno. Poradzę sobie bez niego.
Po 200 metrach zatrzymuję się w sklepie. Uzupełniam zapas wody w camelbaku i kupuję 2 litry piwa. Ożujsko jest na promocji. Siostra się ucieszy ;)
Pierwszy cel na dziś to Mostar. Zumo pokazuje trasę przez góry. Nie słucham go, chcę przejechać wybrzeżem, może uda się zrobić jednak fotkę na jakiej mi zależy, może zaświeci słońce...
poniedziałek, 13 maja 2013
Bałkańska majówka 2013 - Nie taki diabeł straszny
03 maja 2013 - piątek
Nie mogę tego zrozumieć - żebym ja nie mogła dospać do ósmej rano, kiedy ma zadzwonić mi budzik? Świat się kończy ;)
Nie zrobiłam sobie wczoraj zakupów jedzeniowych, bo zasiedziałam się w knajpie, więc nie mogę skorzystać z aneksu kuchennego, żeby sobie zrobić śniadanie.
Gdy się pakuję stwierdzam, że woreczki zapachowe z lawendą powinny jechać w kasku, bo lekko już pachnie chomikiem... Dodatkowo odkrywam, że puszka z napojem energetycznym, którą wożę w top-case jest jakby wklęsła (ale to może ciśnienie bo w górach w końcu jestem) i lżejsza (a to nie wiem czemu). Po chwili już wiem - w kufrze jest lekko mokro i lepko - gdzieś musiała zrobić się dziurka i trochę lepkiej słodkiej cieczy jest luzem w kufrze. Dobrze, że dokumenty do motocykla i tablet nie ucierpiały. Za to mini-ręczniczek jest już mini ulepkiem o zapachu landrynek.
Nie mogę tego zrozumieć - żebym ja nie mogła dospać do ósmej rano, kiedy ma zadzwonić mi budzik? Świat się kończy ;)
Nie zrobiłam sobie wczoraj zakupów jedzeniowych, bo zasiedziałam się w knajpie, więc nie mogę skorzystać z aneksu kuchennego, żeby sobie zrobić śniadanie.
Gdy się pakuję stwierdzam, że woreczki zapachowe z lawendą powinny jechać w kasku, bo lekko już pachnie chomikiem... Dodatkowo odkrywam, że puszka z napojem energetycznym, którą wożę w top-case jest jakby wklęsła (ale to może ciśnienie bo w górach w końcu jestem) i lżejsza (a to nie wiem czemu). Po chwili już wiem - w kufrze jest lekko mokro i lepko - gdzieś musiała zrobić się dziurka i trochę lepkiej słodkiej cieczy jest luzem w kufrze. Dobrze, że dokumenty do motocykla i tablet nie ucierpiały. Za to mini-ręczniczek jest już mini ulepkiem o zapachu landrynek.
niedziela, 12 maja 2013
Bałkańska majówka 2013 - Biała plama na mapie
02 maja 2013 - czwartek
Rano mam miłą niespodziankę. Okazuje się, że śniadanie mam w cenie. Nie jest ono wysokich lotów, bo nieprzetrwalnikowy jest tylko chleb, ale za to zaspakajam pierwszy poranny głód. Znoszę graty do motocykla stojącego (nadal) przed "Ferrari Bar". Widzę jak pani sprzątająca myje okna na parterze schroniska... miotłą...
Trasę, którą wczoraj pokonywałam pieszo robię teraz motocyklem. Po krótkiej chwili parkuję przy murach "starego miasta". Jest chwilę po dziewiątej, a centrum jest całkowicie zadeptane zwiedzająca miasto stonką. Odechciewa mi się dreptać w takim tłumie, więc robię tylko krótką rundkę po uliczkach.
Rano mam miłą niespodziankę. Okazuje się, że śniadanie mam w cenie. Nie jest ono wysokich lotów, bo nieprzetrwalnikowy jest tylko chleb, ale za to zaspakajam pierwszy poranny głód. Znoszę graty do motocykla stojącego (nadal) przed "Ferrari Bar". Widzę jak pani sprzątająca myje okna na parterze schroniska... miotłą...
Trasę, którą wczoraj pokonywałam pieszo robię teraz motocyklem. Po krótkiej chwili parkuję przy murach "starego miasta". Jest chwilę po dziewiątej, a centrum jest całkowicie zadeptane zwiedzająca miasto stonką. Odechciewa mi się dreptać w takim tłumie, więc robię tylko krótką rundkę po uliczkach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
