| foto: Maciek |
Wstaję koło siódmej rano. Na 7:30 ma być śniadanie, a ja mam wachtę kambuzową. Przygotowania trwają trochę dłużej i w efekcie mamy lekki poślizg. Ale nie ma dramatu, bo odprawę możemy zrobić i tak później niż myśleliśmy. Można też odwiedzić sklep.
Po raz kolejny odwiedza nas jakiś przedstawiciel mariny i marudzi, że nie mamy flagi Grenady wywieszonej pod salingiem i że zapłacimy karę. Po raz kolejny przepraszamy, ale już nie opłaca się flagi kupować, bo zaraz wypływamy.
Gdy oddajemy cumy zaczyna lać. W sekundzie jestem przemoczona. Nie przejmuję się tym, bo po kilku minutach deszcz ustaje, a po kolejnych paru jestem już sucha.