08 grudnia 2013 - niedziela
Budzik dzwoni koło ósmej. Po wczorajszym "forumowym" spotkaniu jestem lekko niewyspana, ale podchodzę do okna i sprawdzam, jak jest. Jest mroźno, na chodnikach i ulicach leży niewielka warstwa śniegu. Hmm, co tu zrobić? Podejmuję męską decyzję - trza być twardym a nie mientkim. Ubieram się w ciuchy motocyklowe, łapię jakieś ozdoby do przystrojenia Oliviera i śmigam do garażu. Sprawdzam jeszcze, jak jest na drodze głównej - jest czarno i mokro. Czyli można jechać. Temperatura wynosi -1,5 stopnia. Wytaczam Oliviera z garażu, ozdabiam i mogę jechać na miejsce zbiórki, gdzie umówiłam się z "Paroowami" z Transalp Club Polska.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 8 grudnia 2013
czwartek, 25 października 2012
Poszukiwanie jesieni
20 października 2102 - sobota
Miało być inaczej, a wyszło jak zwykle....
Generalnie dzisiaj miała być niedaleka pojeżdżawka w składzie Doodek+Gustaw i Psuja+Zephyr. Siostra niedawno odebrała plastik z literką "A" i trzeba było "zainaugurować sezon" jakąś lekką traską dookoła komina. W południe poszłyśmy do garażu, wytoczyłam Gustawa (dzisiaj bez gleby :)) a następnie Zephyra. Zgodnie ze sztuką soprawdziłyśmy co i jak i odpalamy Zephyra. Rozrusznik kręci, kręci, kręci... Nic. Kurczę - ssanie jest, kranik na "pri", światła wyłączone - wszystko jak ma być. Jeszcze raz - kręci, kręci, kreci... coraz słabiej i słabiej... aż aku całkiem zdechło. Fakt, nie odpalałam motka chyba od czerwca... No nic to. Zephyr chyba nie chciał opuszczać Hanki stojącej jeszcze w garażu. Niech ma... wtoczyłam go z powrotem. No i co teraz? Siostra lekko podłamana, bo to miał być jej dzień, jej pierwsza jazda na legalu, a staruszek taki numer wywinął... Zaproponowałam, że wezmę ją na plecak... nigdy z plecakiem nie jeździłam i w ogóle nie wiedziałam jak to będzie. Zresztą, dla kierowcy plecakowanie to żadna fajna opcja, ale siostra się zgodziła. Po próbie "jak to jest z plecakiem" na sucho przed garażem stwierdziłam, że dam radę (w końcu, kto ma dać radę jak nie ja), ubrałyśmy ciuchy i pojechałyśmy w zaplanowaną traskę.
Miało być inaczej, a wyszło jak zwykle....
Generalnie dzisiaj miała być niedaleka pojeżdżawka w składzie Doodek+Gustaw i Psuja+Zephyr. Siostra niedawno odebrała plastik z literką "A" i trzeba było "zainaugurować sezon" jakąś lekką traską dookoła komina. W południe poszłyśmy do garażu, wytoczyłam Gustawa (dzisiaj bez gleby :)) a następnie Zephyra. Zgodnie ze sztuką soprawdziłyśmy co i jak i odpalamy Zephyra. Rozrusznik kręci, kręci, kręci... Nic. Kurczę - ssanie jest, kranik na "pri", światła wyłączone - wszystko jak ma być. Jeszcze raz - kręci, kręci, kreci... coraz słabiej i słabiej... aż aku całkiem zdechło. Fakt, nie odpalałam motka chyba od czerwca... No nic to. Zephyr chyba nie chciał opuszczać Hanki stojącej jeszcze w garażu. Niech ma... wtoczyłam go z powrotem. No i co teraz? Siostra lekko podłamana, bo to miał być jej dzień, jej pierwsza jazda na legalu, a staruszek taki numer wywinął... Zaproponowałam, że wezmę ją na plecak... nigdy z plecakiem nie jeździłam i w ogóle nie wiedziałam jak to będzie. Zresztą, dla kierowcy plecakowanie to żadna fajna opcja, ale siostra się zgodziła. Po próbie "jak to jest z plecakiem" na sucho przed garażem stwierdziłam, że dam radę (w końcu, kto ma dać radę jak nie ja), ubrałyśmy ciuchy i pojechałyśmy w zaplanowaną traskę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
