środa, 24 maja 2017

Moto Corsica 2017 - Dzień 1 - Motory na tory

28 kwietnia 2017 - piątek

Wyjazdy w deszczu są dla mnie standardem. Dzisiejszy poranek jest kolejnym na to dowodem. Spakowana jestem od poniedziałku, bo we wtorek musiałam służbowo lecieć do Niemiec. Wróciłam wczoraj, a raczej dzisiaj po północy. Więc jeszcze jestem średnio wyspana. Jem śniadanie, ogarniam ostatnie rzeczy. Montuję bagaż na Oliviera. Przy okazji okazuje się, że w serwisie zapodziali mi gdzieś śrubki do mocowania tankbaga, a same paski gdzieś luźno wiszą sobie w przedniej części motka - dobrze, że nie wypadły podczas ostatniej jazdy, jak sprowadzałam moto do domu...

Dokręcam śrubki, bo zauważyłam kilka luźniejszych. Jest kwadrans obsuwy. Piotrek, który miał po mnie podjechać pewnie siedzi na zewnątrz i moknie, chyba, że przestało padać. Ufff, przestało. A następnym razem muszę mniej na wariata jechać i zdecydowanie mieć czas, żeby przeglądnąć moto po odbiorze z serwisu pod kątem ewentualnych niedoróbek.

Deszcz przestał padać tylko na chwilę - po kilku minutach znowu siąpi. I tak przez całą Polskę. Zatrzymujemy się na ostatniej stacji przed Czechami, żeby zatankować i rozgrzać się, bo temperatura nie rozpieszcza. Ja mam potrzebę przyjęcia cukru, więc wsuwam croissanta na ciepło.
Pomimo dłuższej przerwy czas mamy i tak dobry. Jedziemy więc ostrożnie przez Czechy. Pada deszcz ze śniegiem, kontrolka temperatury miga pokazując 1,5 stopnia. Rzepak dookoła jest jakiś blady i zmarznięty. A na drodze remonty, spory ruch i gdzieniegdzie nawet korki.

Wjeżdżamy do Austrii, robiąc krótki postój w Poysdorfie celem nabycia lokalnego wina, które pozwoli przetrwać dalszą podróż. A tak nawiasem, to nie do końca trafiłam z kolorem paznokci pod winietkę ;) Standardowo na A23 w Wiedniu jest korek, ale jakoś dajemy radę. Zanim dojedziemy do naszego dzisiejszego celu podróży chcemy jeszcze zjeść coś dobrego. Przydałaby się knajpa serwująca Wienerschnitzel, ale jakoś nie możemy na taką trafić. Kręcimy się po okolicy, a ja utykam na jednych światłach na trzy zmiany, bo nie chciały mnie puścić w lewo. Pewnie znowu jakaś pętla nie wykryła pojazdu ;)

Zamiast kotleta znajdujemy cevapcici w bośniackiej knajpie. Dobre bałkańskie żarcie nie jest złe, więc nie marudzimy, tylko napełniamy brzuchy dobrze doprawionym mięchem.

Meldujemy się na dworcu kolejowym, gdzie wjeżdżamy motocyklami na peron, a następnie na platformę, którą pojadą do Livorno. W zasadzie to ja wjeżdżam, bo się mieszczę. Ludzie normalnych rozmiarów muszą się schylić i to tak, że nie widzą co jest przed nimi, więc odpychając się nogami człapią po platformie na właściwe miejsce. Ja to w zasadzie nawet mogę, po zejściu z motocykla, stanąć wyprostowana. I chyba jestem, jedyną osobą, która tak może ;)





Austriacy z obsługi sprawnie mocują motki pasami. Jest jeszcze dłuższa chwila do odjazdu, ale pociąg jeszcze nie podjechał, żebyśmy mogli zająć nasze miejsca. Za to pojawia się na peronie pani z wózkiem, z którego sprzedaje kanapki i napoje. Oczywiście również piwo. Na peronie jest kilkudziesięciu motocyklistów, więc sprzedając piwo robi biznes życia ;) Jest luz, fajna atmosfera, wszyscy się luzują. Na platformie jest 6 motocykli z Polski, a większość to maszyny z austriackimi blachami.




W końcu podjeżdża pociąg i możemy zająć miejsca, zgodnie z tymi wymienionymi na bilecie. W przedziale dołącza do nas dwóch Słowaków z Bratysławy. Ich słowacki jest rzeczywiście jakiś "dalszy" - inny i trudniej zrozumiały, dlatego częściej będziemy się komunikować po angielsku...

Konduktorem/nadzorcą naszego przedziału jest wesoły łysy Włoch, który wyrzuca nas z pierwotnie zajmowanego przedziału i mówi, że mamy zając ten obok, bo się coś tam zmieniło, i "brakuje" jednego przedziału, więc wszystkich przesuwają o jeden. Oj, będzie zamieszanie jak się ludzie będą dosiadać..

Pociąg rusza, na dworcu głównym dosiadają się kolejni ludzie - do nas dwie babeczki jadące do Bolonii. Konduktor sprawdza bilety, notuje co kto chce na śniadanie i instruuje jak zarządzać światłem i ogrzewaniem oraz jak zamykać drzwi, Ekipa w przedziale jest jakaś dziwnie zmęczona i idzie spać. Piotrek i ja mamy w planie obrócić zakupione winko, więc wychodzimy na korytarz. Tam dostrzegamy kogoś z kamizelką "Polska". Nie będziemy tacy - idziemy się przywitać. Okazuje się, że kolegów jest dwóch - Adam i Marcin. Kupili bilety dla motocykli ale nie dla siebie. Oczywiście próbowali to jakoś załatwić, nawet pobiegli na Hauptbahnhof, żeby kupić, ale nie było - za to Polak pracujący w kasie, na którego trafili pomógł im załatwić sprawę "po polsku" czyli, że zgubili. Konduktor Włoch ich w efekcie nie wyrzucił, ale musieli spędzić nockę na korytarzu. Ale nie było źle - jedna z umywalni została zaanektowana na składzik bagaży i ciuchów, chłopaki dysponowali też butelką Pana Tadeusza, więc było dobrze. Dołączamy z naszym winem i pod przedziałem konduktorskim toczą się nocne Polaków rozmowy. Pan konduktor nawet potem załatwia jakieś dodatkowe piwo i generalnie jest bardzo spoko. W pewnym momencie zaczynamy z nim gadać i stwierdza, że "Cracovia has the best ultras" i że lubi yakuzę. Potem wyjmuje tubkę bepanthenu i... zaczyna się rozmowa o tatuażach. Każdy prezentuje jakie i gdzie ma i generalnie jest wesoło. Potem przenosimy się na drugi koniec wagonu, bo konduktor idzie spać. My kontynuujemy rozmowy, dopóki ktoś z najbliższego wagonu sypialnego nie zaczyna marudzić i wtedy rozchodzimy się, każdy w swoją stronę. Zajmuję środkowe miejsce i idę spać. Pociąg fajnie kołysze do snu...


Przejechane: 456 km


Informacje praktyczne:

  • bilet na motocykl na trasie Wiedeń-Livorno kosztuje 99 E. Kuszetka (zależy kiedy się kupi, im wcześniej tym taniej) 60 E za osobę. Oba bilety można nabyć on-line (https://tickets.oebb.at/de/shop)

1 komentarz:

  1. Świetnie się to czyta :-) ale, że zobaczę tu Piotra to się nie spodziewałem ....
    Pozdrawiam
    Pawlas

    OdpowiedzUsuń