W sobotę, 15 grudnia z powodu lenia, późnego wstania i ogólnego niechciejstwa nigdzie na narty nie pojechałam, ale za to postanowiłam, że nadrobię to w niedzielę.
Żeby nie było żadnych wykrętów, wieczorkiem przyszykowałam sobie nartki, buty, kask, gogle i cały strój narciarski.
Moje buty Tecnica Diablo Spark idealnie się komponują z moim nowym diablim pokrowcem na kask :)
Następnie znalazłam w budziku w komórce godzinę 6:30 rano i ustawiłam ją na niedzielną pobudkę.
Rano bardzo nie chciało mi się wstać, bo było ciemno i w dodatku temperatura "na plusie" spowodowała, że cały śnieg gdzieś zniknął, a wraz z nim poczucie, że jest zima. Mimo wszystko zwlokłam się z mojego wygodnego, ciepłego, dużego łóżka, ubrałam, zjadłam jajeczko na twardo i ruszyłam do Lubomierza, czyli "Małej Szwajcarii". Na miejscu byłam parę minut po ósmej rano.
niedziela, 16 grudnia 2012
poniedziałek, 10 grudnia 2012
leffy pazur 2011
Po 12 dniach wojaży po Polsce wróciłam do domu. W międzyczasie byłam w Warszawie, Poznaniu i Łodzi. O ile Warszawa była służbowo, Poznań prywatnie, to Łódź łączyła w sobie przyjemne z pożytecznym i w dodatku miała motocyklowy akcent.
Jakiś czas temu leff w ramach forum f650gs.pl ogłosił konkurs na najlepszą relację z wyprawy motocyklowej w 2011 roku. Forumowicze głosowali, uzasadniali swój wybór, aby w ten sposób wyłonić zwycięzcę. Rozstrzygnięcia dokonał pomysłodawca konkursu i... sprawa ucichła na niemalże rok... Jakoś nie było okazji, żeby zrobić uroczystą galę i wręczenie nagrody - statuetki.
niedziela, 4 listopada 2012
Nowa miłość
Znowu jestem w Pyrlandii. Trochę służbowo, trochę prywatnie. W każdym razie w bagażniku mojego czarnego fordzisty przywiozłam milion rzeczy mniej lub bardziej przydatnych. Oczywiście nie mogło zabraknąć motocyklowych ciuchów, butów i kasku. Tak na wszelki wypadek. Gustawa niestety tym razem nie przywiozłam.
W piątek (2 listopada) powstał dylemat - co robić w weekend? Pogoda zapowiadała się nienajgorsza. Alik nawet zaproponował wyjazd do jakiejś puszczy ale ja nie miałam motocykla, a leff nie miał sprawnego kasku na tę porę roku. Wtedy Alik rzucił propozycję żeby leff pożyczył mi Giselle, to sobie z nim polatam Propozycja nie spotkała się jednak z uznaniem, bo tak naprawdę plan był nieco inny.
Sobota. Leff odbiera sms. Od Alika. Robi kwadratowe oczy, krztusi się i mówi, że najpierw odpisze, a potem mi przeczyta wraz z odpowiedzią, bo sms dotyczy mnie. OK. Po chwili czyta treść smsa: "Sprzęt stoi i czeka na Doodka". Umarłam ze śmiechu i dlatego odpowiedzi nie pamiętam, ale generalnie była w kontekście takim, żeby sprzęt Alika stał przy jego żonie...
W piątek (2 listopada) powstał dylemat - co robić w weekend? Pogoda zapowiadała się nienajgorsza. Alik nawet zaproponował wyjazd do jakiejś puszczy ale ja nie miałam motocykla, a leff nie miał sprawnego kasku na tę porę roku. Wtedy Alik rzucił propozycję żeby leff pożyczył mi Giselle, to sobie z nim polatam Propozycja nie spotkała się jednak z uznaniem, bo tak naprawdę plan był nieco inny.
Sobota. Leff odbiera sms. Od Alika. Robi kwadratowe oczy, krztusi się i mówi, że najpierw odpisze, a potem mi przeczyta wraz z odpowiedzią, bo sms dotyczy mnie. OK. Po chwili czyta treść smsa: "Sprzęt stoi i czeka na Doodka". Umarłam ze śmiechu i dlatego odpowiedzi nie pamiętam, ale generalnie była w kontekście takim, żeby sprzęt Alika stał przy jego żonie...
czwartek, 25 października 2012
Poszukiwanie jesieni
20 października 2102 - sobota
Miało być inaczej, a wyszło jak zwykle....
Generalnie dzisiaj miała być niedaleka pojeżdżawka w składzie Doodek+Gustaw i Psuja+Zephyr. Siostra niedawno odebrała plastik z literką "A" i trzeba było "zainaugurować sezon" jakąś lekką traską dookoła komina. W południe poszłyśmy do garażu, wytoczyłam Gustawa (dzisiaj bez gleby :)) a następnie Zephyra. Zgodnie ze sztuką soprawdziłyśmy co i jak i odpalamy Zephyra. Rozrusznik kręci, kręci, kręci... Nic. Kurczę - ssanie jest, kranik na "pri", światła wyłączone - wszystko jak ma być. Jeszcze raz - kręci, kręci, kreci... coraz słabiej i słabiej... aż aku całkiem zdechło. Fakt, nie odpalałam motka chyba od czerwca... No nic to. Zephyr chyba nie chciał opuszczać Hanki stojącej jeszcze w garażu. Niech ma... wtoczyłam go z powrotem. No i co teraz? Siostra lekko podłamana, bo to miał być jej dzień, jej pierwsza jazda na legalu, a staruszek taki numer wywinął... Zaproponowałam, że wezmę ją na plecak... nigdy z plecakiem nie jeździłam i w ogóle nie wiedziałam jak to będzie. Zresztą, dla kierowcy plecakowanie to żadna fajna opcja, ale siostra się zgodziła. Po próbie "jak to jest z plecakiem" na sucho przed garażem stwierdziłam, że dam radę (w końcu, kto ma dać radę jak nie ja), ubrałyśmy ciuchy i pojechałyśmy w zaplanowaną traskę.
Miało być inaczej, a wyszło jak zwykle....
Generalnie dzisiaj miała być niedaleka pojeżdżawka w składzie Doodek+Gustaw i Psuja+Zephyr. Siostra niedawno odebrała plastik z literką "A" i trzeba było "zainaugurować sezon" jakąś lekką traską dookoła komina. W południe poszłyśmy do garażu, wytoczyłam Gustawa (dzisiaj bez gleby :)) a następnie Zephyra. Zgodnie ze sztuką soprawdziłyśmy co i jak i odpalamy Zephyra. Rozrusznik kręci, kręci, kręci... Nic. Kurczę - ssanie jest, kranik na "pri", światła wyłączone - wszystko jak ma być. Jeszcze raz - kręci, kręci, kreci... coraz słabiej i słabiej... aż aku całkiem zdechło. Fakt, nie odpalałam motka chyba od czerwca... No nic to. Zephyr chyba nie chciał opuszczać Hanki stojącej jeszcze w garażu. Niech ma... wtoczyłam go z powrotem. No i co teraz? Siostra lekko podłamana, bo to miał być jej dzień, jej pierwsza jazda na legalu, a staruszek taki numer wywinął... Zaproponowałam, że wezmę ją na plecak... nigdy z plecakiem nie jeździłam i w ogóle nie wiedziałam jak to będzie. Zresztą, dla kierowcy plecakowanie to żadna fajna opcja, ale siostra się zgodziła. Po próbie "jak to jest z plecakiem" na sucho przed garażem stwierdziłam, że dam radę (w końcu, kto ma dać radę jak nie ja), ubrałyśmy ciuchy i pojechałyśmy w zaplanowaną traskę.
sobota, 20 października 2012
Motoobjazd Tatr
20 października 2012 - sobota
Wiedziałam, że w sobotę pogoda będzie wyśmienita. Miało być słonecznie i ciepło. Co prawda w piątek wieczorem Leff telefonicznie postraszył mnie strasznymi mgłami, ale jakoś nie bardzo się tym przejęłam. Był plan na objazd Tatr ( i to w dwóch wersjach - mini i maxi), trzeba go było tylko zrealizować. Nie było pewne w zasadzie do końca, czy pojadę sama, czy znajdzie się ktoś do towarzystwa... ten nie mógł, bo praca, tamtemu nie pasowało, bo jeździ tylko w niedziele, inny miał "urodziny", jeszcze inny był na polskim biegunie zimna. W efekcie wyszedł lekko zmodyfikowany plan mini, częściowo z towarzystwem, częściowo w pojedynkę.
wtorek, 16 października 2012
Jesienne Mazury po raz drugi - Zlot Absolwentów Motoszkoły
14-16 września 2012
Tak się ciekawie złożyło, że tydzień po forumowym zlocie na Mazurach, znowu zawitałam w niemalże tę sama okolicę, na kolejny zlot - IV Zlot Absolwentów Motoszkoły.
Ale po kolei. Przygoda z flakiem na oponie zaowocowała tym, że Gustaw dostał nowe kapcie - świeżutkie "Anakiny". I chyba pierwszy raz w Polsce odwiedził serwis BMW z prawdziwego zdarzenia :)
Dodatkowo przyszedł czas na wymianę oleju (w której pomógł mi Leff). Tzn. czas przyszedł parę tysięcy kilometrów wcześniej ale, jakoś ciągle nie było na to czasu... Ach te wyjazdy ;) W każdym razie magnesik na śrubie spustowej wykazał minimalną ilość paprochów - czyli jest dobrze, Gustaw nie ma arteriosklerozy ani nic w tym stylu. Serducho zdrowe :)
Tak się ciekawie złożyło, że tydzień po forumowym zlocie na Mazurach, znowu zawitałam w niemalże tę sama okolicę, na kolejny zlot - IV Zlot Absolwentów Motoszkoły.
Ale po kolei. Przygoda z flakiem na oponie zaowocowała tym, że Gustaw dostał nowe kapcie - świeżutkie "Anakiny". I chyba pierwszy raz w Polsce odwiedził serwis BMW z prawdziwego zdarzenia :)
Dodatkowo przyszedł czas na wymianę oleju (w której pomógł mi Leff). Tzn. czas przyszedł parę tysięcy kilometrów wcześniej ale, jakoś ciągle nie było na to czasu... Ach te wyjazdy ;) W każdym razie magnesik na śrubie spustowej wykazał minimalną ilość paprochów - czyli jest dobrze, Gustaw nie ma arteriosklerozy ani nic w tym stylu. Serducho zdrowe :)
poniedziałek, 8 października 2012
Maroko - Replay
Chyba zeszłoroczna wyprawa się jeszcze nie znudziła :) W najbliższą niedzielę, w łódzkim Iron Horse sącząc "berber whisky" opowiem i pokażę zdjęcia z Maroka. Ktoś chętny?
niedziela, 7 października 2012
Podróż sentymentalna - do Czech mam za darmo
Pamiętam dobrze moją pierwszą "daleką" podróż motocyklem. Było to w weekend majowy 2010 roku. Na Zephyrku byłam wtedy w Górach Stołowych, Kotlinie Kłodzkiej, pięknych winklach po czeskiej stronie i na piątkowej imprezie na Stodolni w Ostravie. Winkle mnie wtedy zmiażdżyły. Zmęczyły i zdołowały. Ale cóż, miałam zerowe pojęcie o technice jazdy, gdyż był to w zasadzie mój pierwszy sezon motocyklowy, a doświadczenie opiewało na chyba niecałe tysiąc kilometrów.
Ostatnio moje życie to seria ciasnych zakrętów i postanowiłam przewietrzyć głowę, przenieść się na czeskie zakręty i pokonać je jeszcze raz. Sprawdzić, czy tym razem pójdzie mi lepiej niż wtedy.
wtorek, 2 października 2012
Lody włoskie 2012 - epilog
Włosko-lodowy epilog ś.p. leff
[Leff] Minęło 6 tygodni od czasu, gdy wróciliśmy z
wypadu do Włoch, na lody. Kilka tysięcy kilometrów, przemierzonych wspólnie z Doodkiem
mam w głowie do dzisiaj i zostaną tam na zawsze. Podróż była wyjątkowa. Miejsca,
które znałem wcześniej, widziałem w pewnym sensie po raz pierwszy, bo widziałem
je inaczej, bo towarzyszyła mi osoba o podobnych zamiłowaniach
gubingowo-kulinarnych i… wyjątkowa. :) Świetnie jechało
się nam razem. Rozumieliśmy się doskonale bez słów. Tak było już od pierwszego
wspólnego wypadu do Gdańska, chociaż we Włoszech gadaliśmy jak najęci, przez co
baterie interkomów gotowały się do czerwoności.
Doodek świetnie panuje nad
Gustawem-Stanisławem i ma znakomitą technikę prowadzenia motocykla. Pod tym
względem jej ustępuję, ale 21 KM więcej w mojej Giselle, pozwalało mi nadrobić
jakoś te braki. Jechaliśmy równo, co nie znaczy, że powoli. Momentami jazda
zamieniała się w zapierdalanie po zakrętach. Doodek poprzycierała but i
podnóżek, odbiła się od stalowej bariery dzielącej drogę od przepaści,
wyprzedziliśmy Porsche Carrera 911 skutecznie spowalniające nas podczas
śmigania po winklach. Pompowaliśmy się endorfinami i adrenaliną, przemierzając
setki kilometrów po górach z prędkościami znacznie przekraczającymi zakazy
widniejące na znakach drogowych, a to wszystko w otoczeniu toskańskich pejzaży.
Było wyjątkowo, było szybko, było tak jak powinno być, a może nawet lepiej. :)
niedziela, 30 września 2012
Lody włoskie 2012 - Big wheels keep on turning
19 sierpnia 2012 - niedziela
Rozmowa działa oczyszczająco, choć jest trudna. Humory się nieco poprawiają, nawet pojawiają się jakieś uśmiechy, więc pakujemy się na motocykle, parujemy interkomy i ruszamy "do domu". Żeby nam się tak chciało jak się nam nie chce...
Postanawiamy Włochy przelecieć drogami lokalnymi, na autostrady przyjdzie pora w Austrii. W wyniku tej decyzji znowu wbijamy się w winkle, piękne krajobrazy, czas upływa, kilometry jakby wolniej. Nie mam takiego powera do pokonywania zakrętów jak zwykle miałam podczas tego wyjazdu. Zmęczenie? Rozkojarzenie? Smutek? Złość? Efekt rozmów? Trudno powiedzieć, pewnie wszystko po trochu.
Wyjeżdżamy z miasta. Leff jak zwykle przeklina lokalne parówy. Określenie "paruwejro" ewoluowało do "paruwetti" żeby było bardziej po włosku i kojarzyło się z Pavarottim ;)
poniedziałek, 24 września 2012
Lody włoskie 2012 - Ostatnie lody we Włoszech
Leff chyba cierpi na bezsenność, bo od rana siedzi na tarasie i eksperymentuje z "fotografią potworkową". Ja tam wolę dospać ile się da.
W końcu schodzimy na śniadanie. Szkoci już prawie zjedli, Franco w kuchennym fartuszku tanecznym krokiem kręci się po jadalni w rytm przebojów lecących z TV na ścianie. Same hiciory z lat 80' i 90' :) Siadamy, Franco zbiera zamówienia na kawkę i nalewa nam soku. Pyta czy chcemy serka czy wędlinki, odpowiadamy, że i to i to i nakłada nam po jednym półplasterku sera żółtego i mortadeli na nasze talerze... Włoska oszczędność? Potem pojawiają się jeszcze ciepłe croissanty, a Leff "wyłudza" drugą kawę. Śniadanko oszczędne, ale w miłej atmosferze - Franco tańczy, śpiewa i mówi jaki to on jest "crazy" przez tę upalną pogodę.
W końcu schodzimy na śniadanie. Szkoci już prawie zjedli, Franco w kuchennym fartuszku tanecznym krokiem kręci się po jadalni w rytm przebojów lecących z TV na ścianie. Same hiciory z lat 80' i 90' :) Siadamy, Franco zbiera zamówienia na kawkę i nalewa nam soku. Pyta czy chcemy serka czy wędlinki, odpowiadamy, że i to i to i nakłada nam po jednym półplasterku sera żółtego i mortadeli na nasze talerze... Włoska oszczędność? Potem pojawiają się jeszcze ciepłe croissanty, a Leff "wyłudza" drugą kawę. Śniadanko oszczędne, ale w miłej atmosferze - Franco tańczy, śpiewa i mówi jaki to on jest "crazy" przez tę upalną pogodę.
niedziela, 23 września 2012
Jesienne Mazury po raz pierwszy - zlot forum f650gs.pl
07-09 września 2012
W zasadzie od czerwca nie mogłam doczekać się kolejnego zlotu forum f650gs.pl. W ostatnim czasie bardzo zżyłam się z forumową bracią i na wyjazd cieszyłam się jak małe dziecko. Zlot w Bieszczadach był fantastyczny i jesienny - na Mazurach zapowiadał się co najmniej tak samo dobrze.
Odpicowałam Gustawa - tzn. przykleiłam mu "łezki" na bak, Leff pomógł mi zasilikonować przeciekający topcase. Wszystko ładnie pięknie :)
Na zlot ruszałam z Poznania, gdzie przyjechałam parę dni wcześniej - dobrze, że mogę pracować w zasadzie z dowolnego miejsca gdzie jest internet ;)
W zasadzie od czerwca nie mogłam doczekać się kolejnego zlotu forum f650gs.pl. W ostatnim czasie bardzo zżyłam się z forumową bracią i na wyjazd cieszyłam się jak małe dziecko. Zlot w Bieszczadach był fantastyczny i jesienny - na Mazurach zapowiadał się co najmniej tak samo dobrze.
Odpicowałam Gustawa - tzn. przykleiłam mu "łezki" na bak, Leff pomógł mi zasilikonować przeciekający topcase. Wszystko ładnie pięknie :)
Na zlot ruszałam z Poznania, gdzie przyjechałam parę dni wcześniej - dobrze, że mogę pracować w zasadzie z dowolnego miejsca gdzie jest internet ;)
piątek, 21 września 2012
Lody włoskie 2012 - Motocyklem na "Wawel"
Prywatne okno naszego prywatnego pokoju wychodzi "na ścianę" innego budynku i słońce nie daje nam żadnych wskazówek, czy jest wcześnie czy późno. Zegarki potwierdzają niestety drugą opcję - jest trochę późno... Jak zwykle... Zastanawiamy się, czy najpierw się spakować i wyprowadzić, czy pójść na śniadanie. I znowu druga opcja. Idziemy. Mamy do wyboru dwie knajpki realizujące vouchery. Pierwszej nie możemy znaleźć pod wskazanym adresem, więc wybieramy drugą. Zresztą, i tak nasz landlord ją polecał.Czyżby dzisiejszy dzień był "sponsorowany" przez wybór drugiej opcji? Śniadanko jest minimalistyczne - croissant i kawa.
poniedziałek, 17 września 2012
Lody włoskie 2012 - Siena palona
Hotel Villa Liberty za tysiąc pięćset sto dziewięćset euro ma jedną kolosalną zaletę - śniadanie wliczone w cenę. I to naprawdę dobre śniadanie - kawka, soczek, tosty, owocki - czego dusza zapragnie. Zapłacone, to sobie nie żałujemy :) W dodatku można zjeść te wszystkie pyszności na świeżym powietrzu. Jak zwykle poranny czas gdzieś się rozpływa i wymeldowujemy się już po upływie doby hotelowej, ale na szczęście bez konsekwencji.
Upał jest niemiłosierny i nie bardzo nam się chce chodzić więcej niż ustawa przewiduje, więc obładowanymi motocyklami postanawiamy podjechać gdzieś jeszcze bliżej centrum. Niestety z powodu Palio ruch w Sienie jest mocno ograniczony. Tam gdzie chcemy jechać stoi wielki znak zakazu ruchu i pilnujący go carabinieri, ubrani w ciuchy od Armaniego. Leff tłumaczy, że my tylko chcemy dostać się "do miasta". Znak i barierka zostają przestawione, a panowie szerokim gestem ręki zachęcają do przejazdu i informują gdzie najlepiej żebyśmy zaparkowali - "o tam, w dole, proszę bardzo". Znowu okazuje się, że wszelkie zakazy we Włoszech są jedynie rekomendacją :)
poniedziałek, 3 września 2012
Lody włoskie 2012 - Parkowanie po włosku i płatek miętowy
Ciężkie okiennice w oknach sprawiają, że do pokoju wpada niewiele światła, więc znowu budzimy się "za późno". Tym razem koło dziewiątej. Od 9:30 czynna jest recepcja, więc niestety nie uda się "zabawić w czary" - zniknąć. Wykorzystujemy to, że mamy do dyspozycji ekspres do kawy - ja wybieram kapsułkę espresso, Leff jakąś inną, ale w sumie nie wiem jaką. Kawa jest całkiem niezła.
Powoli zbieramy graty i schodzimy uiścić umówioną wcześniej kwotę za pokój. Mamy nadzieję, ze za pokój, a nie od osoby. Uff, okazuje się, że jednak za pokój. Miły pan z recepcji pyta czy chcemy kawy - nie, dziękujemy, już się w tej kwestii obsłużyliśmy. Pytamy czy możemy zostawić na recepcji nasze bagaże na czas zwiedzania miasteczka - możemy, ale recepcja jest zamknięta od 12:00 do 16:00, więc jak wrócimy w tych godzinach, to raczej nie dostaniemy swoich rzeczy. W dodatku lepiej, żebyśmy przeparkowali motocykle spod ściany na parking, bo tu może się ktoś przyczepić. Że co? Że we Włoszech może się ktoś przyczepić do niekoniecznie prawidłowo zaparkowanego pojazdu? Niemożliwe. Ale dobra, postanawiamy jednak zapiąć bagaże na motocykle i odstawić je na parking dwadzieścia metrów dalej.
Na parkingu jest słownie: jedno_wolne_miejsce. W pełnym słońcu. Z braku laku... zostawiamy Gustawa i Giselle, ja przebieram się w easytony - po pierwsze podobno korzystnie wpływają na figurę ;) a po drugie jest trochę ciepło na zwiedzanie w butach motocyklowych, choć Leff jest twardzielem i butów nie zmienia. Może dlatego, ze właśnie niedawno je kupił i musi się nimi nacieszyć ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





