wtorek, 19 września 2017

Kirgistan 2017 - Dzień 8 - Karawana (nie) jedzie dalej

04 sierpnia 2017 - piątek

Pobudkę równo o 7:00 fundują nam gospodarze odsłaniając tundiuk, czyli otwór w sklepieniu jurty. I nagle robi się jasno. Śniadanie mamy zamówione na 7:30, ale to raczej "kirgiska 7:30", więc się nie spieszymy. A to błąd - o umówionej godzinie śniadanie jest na stołach, więc jak przychodzimy, to jajka są już lekko zimne.

Pogoda się polepszyła, więc, po odpaleniu motka GaGatka na pych, możemy jechać. Najpierw po własnych śladach do "głównej drogi". Ekipa z pierwszego turnusu himalajskiego narzuca sobie bardzo sprawne tempo i doganiamy znajome terenówki. Na rozstaju dróg koledzy koniecznie chcą fotkę ze "słabą płcią".








Skręcamy w lewo, na zachód. Drogę można określić słowami "nie ma nudy". Trasa biegnie wzdłuż granicy z Chinami i choć w zasadzie prosta jak strzała, to dość urozmaicona. Do atrakcji należą - głębokie przepusty, w które można się wbić jeśli się w porę nie wyhamuje lub nie zobaczy objazdu (Ola zalicza nawet glebę przy hamowaniu awaryjnym przed jedną z takich dziur), zaniki śladów na drodze albo całkowite zaniki drogi, bo się zmyła, zerwała i nie ma. Objazdy prowadzą przez rzeki, czasem wyschnięte, a czasem nie. Na jednej z rzek nawet jest most, ale nie prowadzi do niego żadna droga - ot tak sobie stoi w środku niczego. Nawigowanie po takim terenie jest dość trudne, bo mało kto tędy jeździ i nie ma wyjeżdżonej trasy. Przejazdy przez rzeki musimy wytyczać same, bo nie wiadomo, gdzie jest ani którędy prowadzi najbezpieczniejsza przeprawa. Czasami gdy z Emilką zostawałyśmy za bardzo w tyle robiłyśmy "skróty", które nie miały nic wspólnego z jazdą po jakiejkolwiek drodze, ale było przynajmniej wesoło :)



































Niestety zaczyna mocno wiać, powietrze robi się lodowate a na horyzoncie zbierają się chmury. Tuż przy przejściu granicznym z Chinami w Torugart ubieramy się w ciuchy przeciwdeszczowe, bo na pewno nam doleje.

I tak niestety się dzieje, jak tylko wjeżdżamy na nowiutki chiński asfalt i mijamy jezioro Chatyr Kol. Wieje, pada, jest przenikliwie zimno. W dodatku jeździ tu sporo ciężarówek, które nie zwracają na nas najmniejszej uwagi i naprawdę jadą dość szybko. Mimo przeciwdeszczówek jesteśmy przemoczone i zziębnięte. Pech chce, ze czeka nas jeden posterunek. Przejeżdżamy na początek wielkiej kolejki TIRów, i stajemy tuż za znakiem STOP. Nie podoba się to mundurowym, którzy każą nam przepakować motocykle przed znak. I nie ma dyskusji. Kierowcom ciężarówek za to się nie podoba, że wjechałyśmy na początek kolejki. Pod okienkiem, gdzie mamy się stawić z dokumentami panuje niezły bałagan. Szczękamy zębami, gdy sprawdzają nam papiery. Panom wyraźnie się nudzi, bo w pewnym momencie (ciekawe dlaczego padło na mnie) każą jeszcze w tej ulewie zdejmować kaski, mimo, że pierwsze kilka z nas nie musiało tego robić. Po kilkudziesięciu minutach możemy jechać dalej.

Godzinę później skręcamy w prawo i jedziemy do Tash Rabat. Droga prowadzi malowniczą doliną, ale chyba żadna z nas nie ma ochoty podziwiać krajobrazu i tylko marzy o ciepłym i suchym miejscu i gorącej herbacie. Nie wiem czy lepiej jechać na stojąco czy na siedząco - bo albo mocniej przewiewa i męczy, albo jest zimno i morko w tyłek aż lecą łzy.

Dojeżdżamy do celu - wioski w której stoi piętnastowieczny karawanseraj, bardzo istotny punkt na Jedwabnym szlaku. Gospodarze (a jednocześnie opiekunowie obiektu) udostępniają nam "jadalnię", rozpalają ogień i robią gorącą herbatę. Suszymy się. Po jakimś czasie nawet przestaje padać, więc możemy część rzeczy suszyć na słońcu i wietrze.






Zapada decyzja, że zostajemy tu na noc, bo na dzisiaj mamy już chyba dość atrakcji. Zagospodarowujemy jurty, zamawiamy obiad (po którym mamy maksymalnie pełne brzuchy). W to samo miejsce dojeżdża grupa znanych nam Słowaków, z którymi siedzimy i gadamy wieczorem przy "negazirowanej". Najdzielniejsza z nas Bawarka idzie się wykąpać w lodowatym strumieniu. GaGatek tylko myje głowę, choć i tak obawia się zamarznięcia mózgu. A reszta z nas późnym wieczorem korzysta z bani, która jest kilka kilometrów w głąb doliny, w kolejnej "wiosce". Gorąca woda z namiastką sauny to idealny pomysł na wieczór - od razu jest lepiej i o wiele łatwiej się zasypia.


Przejechane: 208 km


1 komentarz:

  1. Należy się odpoczynek, ale gratuluję tej wyprawy :)

    OdpowiedzUsuń