piątek, 11 listopada 2016

Himalaje 2016 - Dzień 12 - Motocyklowy dach świata

14 sierpnia 2016 - niedziela

Dzień niespiesznie zaczynamy od jogi. Próbujemy znaleźć jakikolwiek cień, bo słońce pali mocno, choć jest jeszcze wcześnie. Po śniadaniu wyjeżdżamy na zabawy w piaskownicy. To pierwsza z dzisiejszych atrakcji, których - jak na ostatni dzień jazdy przystało - jest kilka. Wydmy w  okolicy Hunder to najwyżej położone wydmy na świecie i po części z nich można jeździć. Najpierw Ola pokazuje nam, że "da się", mimo, że nasze Enfieldy wcale nie wyglądają, jakby miały sobie tu poradzić - ciężkie, niskie, z nieagresywnymi oponami. Kilka z Orlic idzie w ślady Oli i też próbuje swoich sił na tym terenie. Reszta nie ma ochoty męczyć się w upale, więc wygodnie siada w cieniu wozu serwisowego. Nie wiem jak inne motki, ale mój na jedynce się kopie (i nie jedzie), na dójce za to początkowo idzie, w miarę, ale potem brakuje mu mocy, zwalnia i traci stabilność, więc nie ma mowy o podjazdach pod jakieś większe górki. Zabawa fajna, i w moim przypadku bez gleb. Chyba treningi pod okiem Krzysia w Afryce nie poszły w las ;) Pojawiają się inne grupki motocyklistów i próbują swoich sił, ale stwierdzam, że nam to idzie dużo lepiej. Podjeżdża nawet parka na nowym Enfieldzie Himalayan, ale nie próbuje nawet wjechać na piasek. Za to Ola i Emilka uśmiechają się do kierowcy i testują Himalayana i też "da się" ;)










Opuszczamy wydmy i jedziemy kilka kilometrów  do monastyru Diskit. Podjeżdżamy serpentynami na mały parking i zostawiamy tam motocykle i zbędne ciuchy. Nie bardzo możemy pojąć, jak kilku Hindusów, którzy parkują obok, wybiera się na zwiedzanie świątyni w pełnym rynsztunku, a nawet w przeciwdeszczówkach... Wspinamy się przez "miasteczko" do klasztoru. Te zawsze są budowane jak najwyżej. Zwiedzamy co się da, a nawet włazimy tam gdzie nie wolno, jak w moim przypadku, bo koniecznie chciałam sobie zrobić fotkę z "czachami" na dachu. Z klasztoru jest piękny widok na okolicę, i na wielki posąg buddy, do którego też podjeżdżamy.























Czas na nas, więc ruszamy w drogę. Wjeżdżamy w dolinę prowadzącą na najwyższą przełęcz na świecie ogólnie dostępną dla ruchu kołowego. Zauważam, że zmalała ilość ciężarówek, a wzrosła busików i taksówek.








W North Pullu zatrzymujemy się na lunch i odmeldowujemy na posterunku.



Posilone, możemy jechać dalej.










Wjeżdżamy na przełęcz Khardung La. Oficjalnie najwyższą na świecie, na którą każdy może wjechać. Ma 5602 m npm. Ale... jak to już kilkakrotnie tu było... tak naprawdę jest "trochę" niżej, bo "zaledwie" 5359 m npm (czyli o metr niżej niż Chang La, ale wciąż przed "druga na świecie" Taglang La). Dodatkowo gps pokazuje jak zwykle coś jeszcze innego ;) Mocno to pokręcone, a smaczku dodaje fakt, że ta najwyższa przełęcz (Semo La, 5565 m npm) niestety nie leży w Indiach, tylko w Tybecie (czyli w Chinach). Jak widać nowoczesne metody pomiarów mogą nieco namieszać w ogólnie przyjętych prawdach. W każdym razie - trzymamy się tego co na znakach i jesteśmy najwyżej jak się da ;) W sumie nie ma to żadnego znaczenia, bo wysokość czuć mocno, oddycha się ciężej, a tabliczki na przełęczy sugerują, żeby nie przebywać tu więcej niż 20 minut. Jest ciepło i nie ma tłumów ludzi, czego się obawiałyśmy - może dlatego że jest popołudnie, a nie ranek.










Z przełęczy zjeżdżamy "każda sobie", z zamiarem spotkania się w Sout Pullu, czyli pierwszej wiosce. W sumie wszystko fajnie, ale moje moto jakoś nie chce odpalić. Benzyna w baku jest, wszystko gra. Nie startuje też z kopki (albo żadna z nas nie umie tego zrobić, mimo, że próbuje nawet Anka, który jeden dzień jeździła odpalając swoje moto na kopkę, więc "umi"). W końcu, zanim podjedzie mechanik, robię to co wczoraj - czyli odkręcam kranik na rezerwę. I moto startuje. Widocznie miało taki kaprys - podobno Enfieldy tak mają.



Podczas zjazdu można się napawać widokami na Leh i zaśnieżony Zanskar.











Orsi i ja przeprowadzamy nawet akcję ratunkową jakiegoś Hindusa, który przewraca się na drodze, uszkadzając i motocykl i siebie. Podnosimy pechowca, i moto i po chwili oddajemy pod opiekę ludzi z jego grupy. Nawet pojawia się ambulans (co prawda przypadkiem i nie do niego, ale ciekawy zbieg okoliczności).











W South Pullu czekamy na wszystkich przy posterunku, który mieści się na tarasie na piętrze jednego z trzech budynków w wiosce i bardziej wygląda jak kawiarnia. Ale niech by ktoś się nie zatrzymał przy szlabanie (co prawda otwartym) - wtedy brzuchaty pan mundurowy odpala gwizdek i już wiadomo, że trzeba się zatrzymać.


Jedziemy dalej, już w grupie, bo do Leh musimy wjechać opłotkami. Wszystko po to, żeby na posterunku przed miastem nie było problemu z naszymi tablicami rejestracyjnymi. Zjeżdżamy więc w chyba największe offy na tym wyjeździe, w głąb jakiejś zabitej deskami wioski.




Chyba przez wyrwy w ziemi jest za ciężko dla samochodów, więc zawracamy i wjeżdżamy z powrotem na główną. Dojeżdżamy do posterunku i... mamy farta - nikogo na nim nie ma. Wjeżdżamy do Leh, na nowo przyzwyczajając się do gęstego miejskiego ruchu. W dodatku jedziemy jakąś niewłaściwą drogą "przez centrum" i utykamy w ogromnym korku, bo jak wiadomo - każdy miał pierwszeństwo, więc samochody całkowicie się zblokowały. udaje się jednak przemknąć między nimi do najbliższego skrzyżowania i wjechać w ulicę prowadzącą do hotelu. Wóz serwisowy też jakoś tam dotarł od drugiej strony, ale Mat i Antośka utknęli w korku chyba na dobrą godzinę.



Dojeżdżamy do hotelu i... to koniec jazdy na motkach na tym wyjeździe. Trochę smutno, ale jak wiadomo - wszystko co dobre zbyt szybko się kończy. Zanim zrobimy cokolwiek siadamy w ogrodzie i delektujemy się zimnym piwem. Wszystko się udało!



Przejechane: 150 km, Hunder -> Leh


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza