środa, 27 kwietnia 2016

Kolumbia 2016 - Dzień 9 - Prekolumbijskie wykopki

06 marca 2016 - niedziela

Dziś mamy w planie trochę zwiedzania i mniej jazdy, Planujemy odwiedzić Park Archeologiczny. W okolicy jest dość sporo miejsc, które słyną z prekolumbijskich rzeźb i rękodzieła wykopanych spod ziemi, ale na pewno nie uda nam się zwiedzić wszystkich, więc stawiamy na jedno dobre miejsce.

Zostawiamy bagaż w pokoju i "na lekko" jedziemy parę kilometrów za miasteczko. Znowu mam stres związany z nieodpowiednim ubiorem. Zostawiamy motki na parkingu przed parkiem i idziemy po bilety. Wstęp kosztuje 20000 COP. W zamian otrzymuje się paszport uprawniający do wejścia do kilku atrakcji rozsianych wokół San Agustin. My odwiedzimy te zgromadzone w parku: Muzeum, Mesita A, B, C, D, Bosque de las Estatuas (Las Staui), Fuente de Lavapatas i Alto de Lavapatas. Wejście do różnych sekcji jest oznaczane w paszporcie suchą pieczęcią w kształcie rzeźb.

Zanim zaczniemy zwiedzać korzystam z toalety. Pierwsze drzwi, które otwieram ukazują przede mną muszlę pełną żołtego płynu. Wkurzam się, gdy ktoś nie spuszcza po sobie wody... sprawdzam kolejną kabinę i jeszcze kolejna i to samo. W końcu sama spuszczam wodę w jednej i... muszla wypełnia się żółtą cieczą. Aha, taki kolor wody, no dobrze ;)

Jest dość ciepło i wilgotno, więc nawet ten kilkukilometrowy spacer trochę daje w kość. Zaczynamy od muzeum, gdzie w kilku salach pokazane są figurki, na których podstawie wyjaśniona jest ich symbolika i przedstawiona historia odkrywania tego miejsca i prowadzonych prac.







Następnie, przemierzając niewielkie stanowisko D, idziemy do Lasu Statui. To ścieżka w lesie, gdzie rzeźby sobie stoją na postumencikach, zadaszone paskudnymi daszkami z blachy falistej. Gdyby chociaż były to jakieś liście, robiłoby to o niebo lepsze wrażenie.
























Potem odwiedzamy stanowiska B i C...














i kierujemy się do Fuente de Lavapatas, gdzie cicho szemrze strumyk i jest fajny most.





Teraz czeka nas wspinaczka na położone wyżej stanowisko Alto de Lavapatas. Po drodze są jednak atrakcje w postaci kramów z lokalną chińszczyzną tudzież rękodziełem ludowym :) Chwilę oglądam co można zanabyć w charakterze pamiątek. W jednym ze sklepików sprzedają lody - zamrożone słodkie soki z owocami. Biorę czerwonego, Marek zielonego. Są słodkie i dość szybko topią się w upale, co skutkuje pojawieniem się kolejnej plamy na moich spodniach (przy śniadaniu odkryłam mega tłustą plamę na mojej bluzie z kapturem na wysokości klatki piersiowej, więc mam kolejne do kompletu). W tym samym sklepiku kupuje też kolczyki w kształcie słoników, pomalowane w typowo kolumbijski wzór z kolorowych kropeczek - dołączą do kolekcji).

Na wyżynie jest kilka figur i fajny widok na okolicę. A jednocześnie jakaś taka dziwna pustka.






Odpoczywamy chwilę i rozpoczynamy odwrót. W jednym ze sklepików kupujemy kilka pamiątkowych drobiazgów.

Jeszcze tylko zahaczamy o stanowisko A i wracamy do motorków. Nie wiedzieć kiedy zrobiło się już dość późno.



Zanim jednak wracamy do miasteczka odbijamy nieco w bok i zjeżdżamy do przełomu Rio Magdalena. Droga jest wyjątkowo kamienista, a mój nieodpowiedni ubiór wcale nie ułatwia zjazdu. Wiem, że większość to uprzedzenie w głowie niż faktyczne zagrożenie, ale tak mam - na moto - tylko w pełnym stroju...






W San Agustin parkujemy przed knajpką i każde z nas wsuwa dwudaniowy obiad (pożywna zupa, ogromianste drugie danie, sok) po 6000 COP (8 zł). Zabieramy rzeczy z hotelowego pokoju, przebieramy się i ruszamy w kierunku Pitalito.






Już po pierwszych paru kilometrach mam dość jazdy na dzisiaj, bo prawie ląduję na czołówce z jakimś pickupem, który ni stąd ni zowąd nagle postanawia na podjeździe, podwójnej ciągłej i zakazie wyprzedzić autobus gwałtownym manewrem pojawiając się na pasie, którym ja jadę w dół. Marek przejechał, a wtedy tuż przede mnie wyskoczył ten samochód. Nawet nie próbował zjechać czy wrócić na swój pas czy zwolnić. To ja miałam hamowanie awaryjne i ominięcie ruchomej dużej przeszkody... Robi mi się ciepło, a kolejne kilometry przejeżdżam w maksymalnym spięciu.

W przeciwną stronę sunie sporo motorków dosiadanych przez wojsko. Trochę śmiesznie wygląda dwóch rosłych facetów z długa bronią jadących na motkach klasy 150 ;)

Droga jest ciut nudnawa, ale nie dlatego, że jest jakaś nieatrakcyjna - po prostu człowiek przyzwyczaja się do krajobrazów i zieleń i wszystko przestają już robić takie wrażenie. W miejscowości Timana stajemy na soki i kawkę.




Krajobraz ciut się zmienia. Pojawiają się niewysokie góry, ale bez zieleni - suche, porośnięte jedynie krzakami. A w ogóle to już walkiem wprawnie jeździmy  "po kolumbijsku" trochę naginając przepisy i wciskając się w wolne miejsca na drodze. Coraz rzadziej zdarza się, że lokalesi nas wyprzedzają, a ciężarówki kąsają po tyłkach. Udało się też sprawdzić jak szybko jeżdżą nasze motorki - wyciągnęły stówkę z góry, ale skończył się prosty odcinek testowy, więc nie wiem czy jadą szybciej ;)  W dodatku wyprzedza nas DL (to pierwszy z większych motocykli jaki tu widzę), więc odpuszczam bicie rekordów prędkości...

Jeden odcinek drogi, między skałami, jest szczególnie malowniczy. Chcę nagrać pomykanie po winklach, ale kamerka robi mi pipipi oznajmiając zapełniona kartę. Pikanie nieco mnie wytrąca ze skupienia, przez co jeden z ostrych zakrętów w prawo pod górę mnie ciut zaskakuje, ale wychodzę z tego bez większych problemów, choć nieco koślawo. Może i dobrze, że się to nie uwieczniło, bo Instruktoru by miał co "chwalić" ...

Jedziemy doliną rzeki Magdaleny, więc co jakiś czas mijamy jej mniejsze dopływy, a w nich kapiących się ludzi. W końcu trafiamy nad całkiem urokliwe rozlewisko rzeki.




Na nocleg zjeżdżamy do małej miejscowości o wielkiej nazwie Gigante. Motki tak samo jak wczoraj, wjeżdżają do hotelu po desce - wszyscy są profesjonalnie przygotowani na taka okazję. Podczas wprowadzania Bzyczka deska się jednak osuwa i mój motek centralnie zawiesza się na progu. Na szczęście wszystkie newralgiczne miejsca zabezpieczyła stopka centralna, więc oprócz lekkiego odpryśnięcia betonowego progu nie ma zniszczeń. Widok z naszego okna znowu jest na motki :)


Idziemy na spacer po miasteczku. Sklepy są zakratowane, co znowu nasuwa różne myśli na temat bezpieczeństwa. Siadamy na piwko w knajpie z  lokalną muzyka przekraczającą wszystkie normy głośności. Nie może się obyć bez kilku spotkań z naciągaczami, którzy chcą od nas wysępić kasę, a z którymi Marek chętnie wdaje się w rozmowy, żeby poćwiczyć swój hiszpański.


Piwko powoduje lekki głód, więc udajemy się do strefy gastronomicznej na centralnym placyku z mini parkiem i kościołem. Dziś w menu mamy pizzę z chorizo i ananasem - całkiem smaczną i sprawnie przygotowywaną przez ojca i jego dzieci.





Gdzieś dochodzi już świadomość, że minęła już połowa wyjazdu, że powoli zaczęliśmy odwrót na północ, i choć pewne atrakcje jeszcze przed nami, to za nami już naprawdę sporo. Ech... Fajnie jest...


Przejechane: 167,9 km


2 komentarze:

  1. Zwróć uwagę na figurki z pierwszych fotek. Czy Agata z kamerą na kasku nie jest do niektórych podobna ?
    Czy już ktoś wcześniej nie chodził po Ziemi ubrany w kombinezon czy też kask?

    OdpowiedzUsuń