niedziela, 10 kwietnia 2016

Kolumbia 2016 - Dzień 4 - Welcome to the jungle!

01 marca 2016 - wtorek

Chyba przełączyliśmy się na tryb wakacyjny. Pomimo ambitnych planów wyszło jak zwykle i pobudka następuje koło ósmej. Obiecujemy sobie lekką poprawę w tej kwestii. Zastanawiamy się gdzie zjeść śniadanie, ale w końcu staje na naszym hotelu. Siadamy na tarasie i po chwili dostajemy wielkie porcje żarcia, jakby to był obiad. ryż z fasolą, pierś z kurczaka, arepa, ser, jajecznica, krakersy i słodka lurowata kawa. Dziwne, że nawet w tym regionie taką podają, mimo tych wszystkich pól dookoła.

Powoli się pakujemy i przyprowadzamy moto pod hotel. Poświęcamy nieco czasu na drobne prace serwisowo -optymalizacyjne. Marek podłącza sobie gniazdo zapalniczki, zęby miał ładowanie do telefonu służącego za nawigację. Ja przerzucam SPOTa na prawego gmola, a na jego miejscu na kierownicy montuję nawigację. próbuję też jakoś dorzucić uchwyt do kamerki, ale mam o jedna przedłużkę za mało więc niestety ujęć z motka nie będzie. Za to przymocowuję kamerę do kasku i za pomocą aplikacji w komórce ustawiam ją tak, żeby ani nie filmowała przedniego koła, ani nieba, czyli, żeby było optymalnie.


Czas na wyjazd. Niestety przyblokowała nas ciężarówka i żeby wyjechać musimy pokonać krawężnik i przejechać parę metrów po deptaku.




Kierujemy się na południe, gdzie mapa pokazuje drogę linią przerywaną, więc może być wesoło. Asfalt jednak okazuje się najlepszy, jaki do tej pory widzieliśmy - równiutki, gładziutki, jakby położony zupełnie niedawno. Marek nie kryje zdumienia, komentując tę sytuację. Zatrzymujemy się co chwilę chłonąc i fotografując zieleń pobliskich gór. Ja jeszcze lekko mocuję się z etui na nawigację, które mi się trochę telepie i przekręca. Dokręcam kilka śrubek i jest jakby lepiej.





Komentarz oczywiście padł nie w porę, bo chwilę potem asfalt zmienia się w szutrówkę. Czasami lepszą, czasami gorszą. Mając w pamięci brak jakichkolwiek narzędzi jedziemy raczej ostrożnie - nasze motki to nie enduro i o jakaś gumę na kamieniu jest dość łatwo. W dodatku na co bardziej wymagających podjazdach muszę pamiętać o tych nieszczęsnych biegach - żeby sobie nie zredukować do luzu, bo wtedy może być niewesoło. Dżungla dookoła jest powalająca. Jest soczyście zielono, gęsto, że bez maczety nie da się przejść. Co chwilę zatrzymujemy się na fotki. A to przy wodospadzie, a to przy strumyku, a to tak po prostu wśród zieleni. Motyle w brzuchu - dosłownie i w przenośni ;) Jeden motyl był naprawdę fascynujący - wielkości dłoni, majestatycznie i powoli machał białymi skrzydłami, które opalizowały na fioletowo. Welcome to the jungle!























Przez ciągłe postoje powodowane zachwytem na pięknymi okolicznościami przygody droga idzie masakrycznie powoli. Większe tempo wyzwala w nas jedynie niebo, które zasnuwa się ołowianymi chmurami - nie chcemy moknąć, więc wrzucamy drugi/trzeci bieg i przejeżdżamy na drugą stronę gór - tam jest w miarę bezchmurnie.





Przejeżdżamy kilkanaście kilometrów i znowu lądujemy na asfalcie i w większym ruchu. Chociaż dzisiaj już nie jest tak, że wszyscy nas wyprzedzają, czasami udaje się wyprzedzić jakiegoś lokalesa, co oznacza jedno - coraz lepiej czujemy jazdę w tutejszej rzeczywistości.



Na rozstaju dróg stajemy na kawę. Znowu jest lurowata. Zauważyliśmy, że podają ją ze słomką - przecież picie wrzątku w taki sposób to najlepsza droga do poparzenia podniebienia. a może to po prostu mieszadełko?

Jazda w tumanach spalin wyrzucanych przez ciężarówki na głównych drogach i wyścigi z nimi średnio nam leżą, więc ustalamy, że jedziemy w kierunku Manizales drogami bardziej bocznymi, pokręconymi, ale o potencjalnie mniejszym natężeniu ruchu.


Przekraczamy rzekę i znów cieszymy oko zielonymi górskimi krajobrazami, bambusowymi lasami, bananowymi i kawowymi plantacjami i drogą z przyjemnymi winklami, od których nie ma odpoczynku. Trafiamy na skupisko jakichś paskudnych padlinożernych ptaków, które okupują kilka drzew - w dolinie jest jakieś wysypisko, więc wszystko jasne, co tu robią.













Na przedmieściach Manizales tankujemy motki, choć wskazówka poziomu paliwa u mnie nawet nie drgnęła i po przejechaniu prawie 300 km dalej pokazuje maksimum.


Przejazd po mieście to korrida, chaos i walka o swoje. Ale w końcu udaje się wyjechać na kolejną mniej uczęszczaną drogę, choć dalej pokręconą jak spinacz biurowy.





Przejazd przez kolejne większe miasto - Pereira - jest już łatwiejszy, ale dalej jest to walka.


Do naszego dzisiejszego celu - Salento - mamy jakieś 30 km. Jest prawie zachód, a niebo zasnuwają ciężkie ciemne chmury. Czy damy radę wygrać wyścig z deszczem? 14 km przed celem wiemy, że nie damy rady, bo zaczęło lekko kropić. Nawet lokalesi zatrzymują się, żeby ubrać przeciwdeszczówki, więc bierzemy z nich przykład. Ja w moim kondomie na ten wyjazd wyglądam jak w białej sukience. Albo jak jakiś pracownik fabryki chemicznej, czy inny ufoludek. Zakładam też lekko za dużą kamizelkę odblaskową, która jest obowiązkowa do jazdy po zmroku. Marek to olewa i  nie zakłada swojej, ale za to on ma obowiązkowe odblaski na kasku - numer rejestracyjny motocykla (choć w jego przypadku niezgodny z tym na tablicy ;)), a ja nie.


Deszcz bardziej postraszył niż faktycznie popadał, ale przynajmniej było nam ciepło i sucho. Wraz z ciemnością nadeszła też mgła lub chmury, które nieco utrudniały zakręcony podjazd do miasteczka.

Wjeżdżamy do centrum Salento. Jest jak w Jardin: plac z deptakiem i kościół. Marek idzie na rekonesans, a ja zdejmuję przeciwdeszczówkę, bo tu nie pada i jest dość ciepło, mniej więcej jak u nas w maju lub czerwcu wieczorem ;) Mimo podobnego układu, tu nie jest tak klimatycznie jak poprzedniego dnia. Widać, że to miejsce jest bardziej komercyjne i turystyczne. Więcej też "białych".


Przychodzi Marek z wiadomością, że znalazł hotel, jakieś 300 metrów stąd, w bocznej uliczce - za 80000 COP za pokój, ale ze śniadaniem i motki można zaparkować na miejscu. Ciut drogo, ale biorąc pod uwagę, że to lokalne "Zakopane", to nie marudzimy. Po chwili parkujemy motki w części restauracyjnej Hostal Vincente i lokujemy się w dość przyjemnym pokoiku z kiczowatym obrazkiem z palmą na tle czerwono-fioletowego nieba.


Szybki prysznic i jesteśmy gotowi na podbój miasta. Pora na kolację, więc szukamy knajpki, która nas zachęci do zjedzenia właśnie tam. znajdujemy takową, przed nią koleś podaje nam menu, wygląda dobrze, choć ceny lekko wysoki ale znowu - nie marudzimy. Wtedy naganiacz prowadzi nas w uliczkę obok i wskazuje na jakiś night club i ze to tam. Nieee, nie chcemy takiej knajpki, więc rezygnujemy i wchodzimy do tej, która przed chwila nam się spodobała. Niestety zamykają już kuchnię i nie zjemy. Szkoda. Inne zauważone przez nas knajpki to albo fastfoody albo jakieś takie niezachęcające molochy. Decydujemy się na jeden z nich, a w nim na hamburgera. Ten jest jednak średni, ale za to z namiastką warzyw, których tutaj zaczyna mi brakować - plastrem zielonego pomidora.



Na wieczorne piwko i pogaduchy o wrażeniach dnia idziemy do do knajpki na rogu, gzie leci głośna muzyka odtwarzana z winyli. Stolik mamy na chodniku, który ma ciekawy wyżłobiony wzór. Możemy podpatrzeć wieczorne życie miasteczka :)



Znowu nie wiedzieć kiedy robi się późno, więc wracamy do pokoju i poświęcamy czas na codzienne obowiązki m.in. pranie. Rozwieszamy je na balustradzie przed pokojem, ale pani gospodyni się to nie podoba i gdzieś je przenosi. Mam nadzieję, że rano je odnajdziemy...


Przejechane: 239,7 km


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz