poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Kolumbia 2016 - Dzień 7 - Back from Cali

04 marca 2016 - piątek

Rano mamy totalna głupawkę z powodu super miejsca do spania - hałas od tirów jest niemiłosierny, jak również wibracje przenoszące się od drogi, przez budynek i twardy materac, nie wspominając o smrodzie spalin, który wdziera się do pokoju. To skutecznie mobilizuje nas do wstania. Idziemy do centrum na śniadanie (a potem okazuje się, że śniadaniową knajpkę, pewnie kilka razy tańszą, mieliśmy w brami obok ;)) - ja zajadam jakiegoś pieroga z pikantnym farszem i ziemniaka i popijam prawie litrem soku z mango. Marek wybiera coś bardziej na słodko i sok. Rachunek chyba nie uwzględnia wszystkiego, bo płacimy 8000 COP za całość, ale nikt za na mi nie krzyczy ani tym bardziej nie strzela, więc nie ma tematu. W międzyczasie lokalny pucybut koniecznie chce wypastować nam nasze turystyczne buty...


Wracamy do hotelu, pakujemy się i uzbrajamy motki w bagaże. Jeszcze tylko siku na debet w kibelku na stacji (pominę jego opis, bo co bardziej wrażliwi mogliby przestać czytać) i ruszamy.

Droga jest "taka se". Industrialne klimaty nie zachwycające absolutnie niczym, a do tego dość spory ruch, bo w końcu jesteśmy w okolicy dużego miasta. Cali... nie wiedzieć czemu w głowie zaczyna grać mi "Back from Cali" Slasha...


Nieco kluczymy po autostradzie próbując się z niej wydostać na mniej uczęszczane drogi.


Kilka węzłów przemierzamy więcej niż raz, żeby w końcu wyplątać się z nitki asfaltu i wjechać w delikatny off z polnymi drogami i błotem i kolejnymi zakratkowanymi figurkami na skrzyżowaniach.





Na zjeździe z offu na główną drogę stajemy na drugie śniadanie - lurowatą kawę i croissanta, jest też WiFi, więc mogę się zameldować tu i tam.

Przed nami wyjątkowo prosta i nudna droga - prawie bez zakrętów. Dlatego też rozglądam się na prawo i lewo, żeby czymś zająć głowę. Na przykład widać serie kominów, po trzy, a każdy z nich produkuje inny odcień szarego kolorku. Albo "vehiculo extra longo" - mega długie pojazdy - ciągnik siodłowy i 5-6 naczep z kontenerami, albo traktor z 6 przyczepami wypełnionymi drewnem lub trzciną. Na szczęście wszystkie jadą z przeciwka, bo wyprzedzać takie to istny koszmar, zwłaszcza na motkach, które mają przyspieszenie malucha jadącego pod górę. W jednym miejscu jest zagłębie figurek ogrodowych. u nas są to krasnale, a tu kilkumetrowe Jezusy i baranki...


Jakieś 80 km przed Popayan znowu zaczynają majaczyć na horyzoncie jakieś górki, a droga nieco bardziej się zawija. Pojawia się tez coraz więcej wojska. Rozsiani co kilkaset metrów żołnierze stoją przy drodze z uniesionymi w górę kciukami. Ciekawe czy to oznacza, że droga jest "czysta", bo raczej nie łapią stopa. W sumie ma to sens - departament Cauca, po którym się poruszamy do super bezpiecznych nie należy...

Zaczyna lekko kropić, więc zatrzymujemy się na stacji benzynowej w knajpce krótką przerwę konsumpcyjno-higieniczną i poczekanie jak rozwinie się sytuacja pogodowa. Marek popija kolejną cienką kawę, podziwia lokalne wyroby piekarsko-cukiernicze (drożdżówki-żółwiki), a potem lata jak najęty po całym parkingu z aparatem próbując  "ustrzelić" żółte ptaszki. Ja stawiam na uzupełnienie wody i rozprostowanie nóg. Na stacji też jest sporo wojska, które się gdzieś snuje po kątach.




Deszcz się nie wzmacnia, więc jedziemy dalej. Widoki znowu się zmieniają, pojawia się czerwona ziemia i plantacje ananasów. Jednak radość z poprawy pogody nie trwa długo, bo znowu zaczyna padać, ale po chwili przestaje, i tak na zmianę, przez jakiś czas. Widać, jak asfalt mieni się tęczą od plam oleju - przynajmniej teraz je lepiej widać i łatwiej ominąć. robi się coraz zimniej, więc zarządzamy postój na ubranie się.




Przed Popayan zaczyna padać na całego - jesteśmy prawie całkiem mokrzy, bo nie zdążamy na czas ubrać przeciwdeszczówek. W dodatku ja nie bardzo mam ochronę na spodnie - mogę je zdjąć i wpiąć membranę, ale to bezcelowe w tym momencie, więc nogi falej mi mokną. Ściana deszczu jest tak nieprzyjemna, że po wjeździe do Popayan decydujemy się na znalezienie hotelu i zakończenie jazdy prawie 3 godziny przed przed czasem.

Standardowo jedziemy w kierunku centrum i znajdujemy całkiem przyzwoity hotel (55000 COP za pokój). Rozlokowujemy się, wieszamy mokre ciuchy w patio, służącym za suszarnię. O ile spodnie moto wieszam pod dachem, to rękawiczki w części niezadaszonej - własnie wyszło słońce, więc może je wysuszy, a ewentualny deszcz bardziej im nie zaszkodzi ;)

Idziemy pozwiedzać miasteczko. Jest bardzo ładne. Co mi się tu wyjątkowo podoba, to jednolitość szyldów - wszystkie kamienice są białe, a szyldy - to proste napisy złote lub czarne. Gdyby tak ładnie było w Krakowie... standardowo robimy mały gubing. Po drodze kupujemy świeże pokrojone w kostkę owoce - ananasa i papaję - w kubeczkach z wykałaczkami (1000 COP), a potem straganowe żarcie - chorizo z ziemniakiem, kurczaka, kukurydzę. Jest mnóstwo innych ciekawych rzeczy, choć niektóre wyglądem nie przypominają absolutnie niczego (jakieś takie szarobure flako-pieczarko-owoce morza. Ciekawe jest to, że w centrum miasta obowiązuje zakaz jazdy dwóch mężczyzn na jednym motocyklu - związane jest to z częstymi kradzieżami i rozbojami, a policjanci skutecznie ten zakaz egzekwują od pojedynczych "zapominalskich".






























O ile wczoraj było mnóstwo knajpek z piwem, to dzisiaj nie namierzamy żadnej. Za to wreszcie trafiamy do kawiarni z dobrą kawą! Różnica jest wyczuwalna w smaku, jak i cenie (10 razy drożej). Knajpka ma ogródek z parasolkami w patio i tam dokujemy się na dłuższą chwilę. Potem zaczyna się ulewa, więc tym bardziej zostajemy w knajpie.


Niestety nadchodzi czas jej zamknięcia i wszyscy goście są delikatnie wypraszani. A dalej leje. Na szczęście lokalna architektura to przewidziała i większość kamienic ma dość spore gzymsy, które skutecznie chronią przechodniów przed deszczem, co niecnie wykorzystujemy. Labiryntem uliczek zmierzamy w kierunku hotelu, choć ochota na wieczorne piwo jest niemała, ale nie ma gdzie kupić. W końcu przechodzimy obok lokalnego klubu bilardowego i knajpy i decydujemy, że tam wejdziemy. Raz kozie śmierć. Miejscówka okazuje się całkiem spoko, siedzą tam zarówno młodzi ludzie, jak i wesołe dziadki prowadzące jeden drugiego bo wypili już całkiem sporo. Lokales przy stoliku obok mruczy pod nosem wszystkie piosenki,które sączą się z głośników. Jak się okazuje jest dziennikarzem radiowym i chętnie gada z Markiem. Z kolei z innego stolika co chwilę podchodzi do nas wesoły starszy pan, równie co chwilę odciągany przez swojego syna, który bardzo nas przeprasza za zaistniałą sytuację. Xawier, bo tak ma gość na imię, nie odpuszcza i podchodzi z butelką rumu lejąc pół szklanki Markowi (mnie udaje się wymigać). Alejandro, syn, jest bardzo zmieszany i tłumaczy nam, że jego ojciec jest po prostu dzisiaj wesoły, ale nie jest złym człowiekiem, więc żebyśmy się nie bali. Nawet nie mamy takiego wrażenia, że jest jakieś zagrożenie - ot wesoły lokales polewa nam lokalny alkohol, bo ma taka fantazję. Jest bardzo fajnie i wesoło, ale poziom procentów trzeba kontrolować, żeby nie sprowokować niemiłych sytuacji. Wesoła rodzinka żegna się z nami wylewnie i wychodzi. My jeszcze chwilkę siedzimy, ale też w końcu decydujemy o powrocie do hotelu. Przestało padać, a nam, włączyła się lekka gastrofaza. Niestety stragany z mięchem już się zwinęły, a jedyna knajpka (w której dostrzegamy "naszą" wesołą rodzinkę pałaszującą jakieś kurczaki) właśnie zamknęła kuchnię. Trzeba więc doczekać do śniadania.


Mimo zakończonej wcześniej jazdy dzień okazuje się być pełnym wrażeń. A rękawiczki oczywiście mi nie wyschły...


Przejechane: 185,6 km


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz