wtorek, 28 sierpnia 2018

Grecja 2018 - Dzień 10 - Rodopy

04 czerwca 2018 - poniedziałek

Poranek jest ciepły i słoneczny, ale na zacienionym campingu jest bardzo przyjemnie. W dodatku nad Olimpem nie ma chmur, i można pocykać kilka fotek zepsutym aparatem...

Po śniadaniu Wojtek zgarnia Andreasa z "centrum" i jadą ogarniać akumulator do Oliviera. Ja w tym czasie zwijam bazę i planuję trasę, bo wymagane są coraz większe modyfikacje. Czasu mam dużo, bo chłopaków nie ma i nie ma, ale w końcu przyjeżdża Wojtek (Andreas wrócił do swoich spraw) i mogę cieszyć się nową bateryjką. Montuje ją w motocyklu, przekręcam kluczyk, wciskam starter i następuje chwila prawdy - motek bez ociągania budzi się do życia. Załatwione. Choć naprawdę mogłam sobie tego oszczędzić i wymienić aku prze wyjazdem, zgodnie z pierwotnym zamierzeniem...




Jeszcze tylko "kupa mięci" dokumentuję fantastyczne rozwiązanie azjatycko-europejskie t toalecie i jadymy!


W Grecji niewiele nam już zostało do odwiedzenia, w zasadzie nic, więc kierujemy się do Bułgarii. Autostradami, więc jest ciepło i nudno. W końcu musimy zatankować, a najbliższa stacja jest na bocznej drodze omijającej autostradowy tunel. Ciekawe rozwiązanie. Tankowanie, woda, lodzik, a jego pół wcina lokalny kot ;)





Granicę z Bułgarią pokonujemy nadzwyczaj sprawnie, spodziewałam się spędzić tam więcej czasu.

Zmiana kraju powoduje zmianę w krajobrazie, jakości dróg i w ogóle w jeździe. Snujemy się chwilę po wiejskich drogach, których niewątpliwą zaletą jest znikomy ruch, a wadą kiepska jakość dróg i piasek na zakrętach, a tych jest sporo i chciałoby się po nich pojechać jak należy. Zwłaszcza, że wjeżdżamy teren Parku Narodowego Pirin.






W najbliższym "sensownym" miasteczku (Goce Dełczew) zatrzymujemy się na jedzenie. Wypłacam kasę z bankomatu, a Wojtek zajmuje się tematem zdobycia pożywienia, i jest zdziwiony, że tu nikt nie mówi po rosyjsku. W końcu jemy pizzę w jakimś barze "na rynku". Od razu da się zauważyć, że jest tu wyraźnie taniej niż w Grecji. I Polsce.

Posileni jedziemy w kierunku gór - tym razem przed nami Rodopy. Jest pięknie, choć na horyzoncie majaczą ciemne burzowe chmury. Może zdążymy...





Nie zdążyliśmy. Zaczyna padać, i zarządzam postój. Nie od razu, bo nie ma za bardzo gdzie... ale co jakiś czas są takie altanki piknikowe na poboczach, więc poluję na jedną z nich. W samą porę. Zeskakujemy z motków, chronimy się pod dachem i wtedy zaczyna się ulewa. Z gradem. I piorunami.






Uzbrajam się w membranę pod moje moto-ciuchy. Wojtek nie dokonuje żadnych modyfikacji swojego stroju, nawet nie wyciąga przeciwdeszczówki. Czekamy, aż ulewa przejdzie. Nie tylko ze względu na wodę z nieba, ale przede wszystkim ze względu na wodę zalegającą na drodze - opony w Afryce to lekko przechodzone kostki, więc na mokry asfalt niekoniecznie najbezpieczniejsze.

W końcu ulewa przechodzi w lekką mżawkę, więc ruszamy. Jest też odczuwalnie chłodniej, tylko 12 stopni! Nie ma to tamto, w ruch idą grzane manetki. Na szczęście temperatura się podnosi i wychodzi nawet słońce, choć czuć , ze jest już późne popołudnie, bo tak nie grzeje.




Dojeżdżamy do "głównej" drogi i jedziemy na Płowdiw, ale w pewnym momencie skręcamy w lewo, w dróżki na których ciężko się minąć z czymkolwiek innym niż jednoślad. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do celu - Chudnite Mostove czyli Cudowne Mosty. Dzisiaj już nie pozwiedzamy, więc trzeba znaleźć nocleg. Nie powinno być to trudne, bo są tu co najmniej dwa miejsca, gdzie można przenocować, poza własnym namiotem. Do jednego z nich prowadzi drogowskaz - więc pniemy się jeszcze kilka kilometrów drogą, która coraz bardziej przypomina szlak turystyczny. Podjeżdżamy na parking pod "dom wczasowy z poprzedniej epoki" (nie zrobiłam fotki, ale można sobie wygooglać (Hut "Rocky Bridges"). Nie ma tam nic oprócz bandy skserowanych szczeniaków i kartki  z numerem telefonu na zamkniętych na klucz drzwiach.

Wracamy na parking kilka km niżej, gdzie było kilka straganów i wg moich informacji musi tam też być jeszcze jedno miejsce z noclegiem. Taka kwaterka prywatna / agroturystyka. I generalnie jest tam domek, ale nie ma jak dojechać, bo prowadzą tylko schody. Ale nie może tak być, musi być tam dojazd. Sprawdzamy kilka leśnych ścieżek - bezskutecznie. Wojtek idzie tam z buta zapytać o możliwość noclegu i dojazd. Wraca po chwili z dwoma dobrymi informacjami. Tak - można przenocować. I tak, można dojechać ścieżką przez las. Wojtek jedzie pierwszy, potem ma wrócić i pomóc mi wjechać tam na moich szosowych oponkach, co by nie było zbyt wielu strat. Ale z drugiej strony - jak nie ja, to kto? Ostrożnie wbijam się w ścieżkę, wiodącą przez trawę, kawałek lasu z liśćmi, korzeniami i podmokłym od ulewy gruntem. Udaje się bez problemu, choć jak w nocy popada (a zapowiada się), to już tak łatwo z wyjazdem nie będzie.



Miejscówka jest bardzo specyficzna, ale klimatyczna, jak u ciocio-babci na wsi. Skrzypiąca podłoga, staromodne szafy, portrety rodzinne, niedomykające się drzwi i staroświecki kibelek. Oprócz nas nocują tam jacyś czescy i słowaccy turyści górscy (takie prawdziwe łaziki).










Zamawiamy kolację i piwo. Dostaje nam się jeszcze po "szklance" rakiji, bo gospodarze coś opijają i wznoszą toast za toastem, a więc my (a raczej Wojtek, bo ja nie za bardzo bimber lubię) razem z nimi.


Potem zapada już zmrok i zaczyna burza. Oj, rano będzie wesoło...


Przejechane: 398 km


Macna:

Niezmiennie podoba mi się funkcja "night eye" :)

Light off:


Light on: 




1 komentarz: