poniedziałek, 3 września 2018

Grecja 2018 - Dzień 11 - Cudownymi Mostami do Montany

05 czerwca 2018 - wtorek

Dzień zaczynamy od zwiedzania Cudownych Mostów. Olbrzymie formacje skalne robią wrażenie, ale przyznam, że spodziewałam się, że będzie tego więcej... Niemniej jednak warto odwiedzić to miejsce i pójść nieco dalej niż tylko do pierwszych barierek. W nocy padało, więc ścieżki są śliskie - przez błoto i mokre kamienie, a roślinność ociera się o buty i nogawki i je całkowicie moczy. Z lokalnych atrakcji można przejechać się tyrolką, którą wjeżdża się pod jeden z mostów. Mieliśmy okazję sprawdzić fachowe mocowanie stalowej liny na feldze bliżej niezidentyfikowanego samochodu ;)




































Po rozgrzewce zamawiamy śniadanie, regulujemy rachunki i kupujemy kilka słoiczków z przetworami.



Pogoda jest taka bliżej nieokreślona, więc na wszelki wypadek wpinam membrany do moich ciuchów. Wojtek wyprowadza mi moto po błotnistej ścieżce na parking, ja korzystam z kilkudziesięciu schodów. Zjeżdżamy do głównej drogi i kontynuujemy jazdę na północ. Po kilkudziesięciu kilometrach zjeżdżamy w bok, do Twierdzy Asena. Tam na parkingu spotykamy motocyklistę z USA, który na jakiejś małolitrażowej popierdółce "robi Europę". Życzymy sobie wzajemnie powodzenia. On odjeżdża, a my idziemy pozwiedzać. Kupujemy bilety, wypinam membrany, bo zrobiło się ze trzydzieści stopni i się gotuję i wspinamy się zarówno na kupki kamyków z replikami maszyn oblężniczych, a także zwiedzamy klasztor, który jako jedyna budowla ma się tam naprawdę dobrze. Nawet krzesełka ma z unijnych dotacji...
























Wracamy do motocykli i jedziemy do Płowdiwu, bo bardzo chcę tam zobaczyć teatr rzymski. Droga dojazdowa do miasta jest w remoncie, więc pokonanie tego odcinka nie jest przyjemne. Samo miasto jest ładniejsze niż myślałam. W poszukiwaniu dojazdu do starej części miasta wbijamy się w wąskie brukowane uliczki, z wyślizganym kamieniem, a na dodatek za jednym z ostrych zakrętów trafiamy na remont. Ja powinnam z pomocą Wojtka przejechać, ale Afryka jest za szeroka. Wojtek ma powyżej uszu. Jest gorąco, ja mam ciśnienie, że chcę zobaczyć centrum, bo inaczej bez sensu w ogóle było tu wjeżdżać, więc mamy kolejne spięcie. Niestety jestem na słabszej pozycji, więc niechętnie odpuszczam.


Porzucamy więc miejskie tereny i zmierzamy w kierunku Parku Narodowego Bałkanów Środkowych. Drogi stają się coraz bardziej lokalne, a im bliżej tym dookoła więcej pól z lawendą. Zakrętasami wjeżdżamy na przełęcz Trojan, ale nie decydujemy się na podjazd pod nieco wyżej leżący pomnik wolności, bo przegapiamy wjazd na odpowiednią drogę...







Za przełęczą i serpentynami z piaskiem zatrzymujemy się w knajpie na jedzenie, bo pora jest mocno obiadowa. Czas mamy idealny, bo zaczyna padać. Przestaje akurat jak kończymy jeść, więc jedziemy. zjeżdżamy z gór i mocno lokalnymi drogami kierujemy się na północny wschód. W miejscowości Roman najbardziej odczuwam na własnych łokciach problemy z widelcem Oliviera, bo całe miasteczko to jedna wielka dziurawa kostka brukowa... Okolica jest coraz mniej atrakcyjna, zwłaszcza jak wjeżdżamy na coraz bardziej cywilizowane drogi. Ciekawe są parkingi dla kierowców ciężarówek, na które TIRowcy z Turcji mają absolutny zakaz wjazdu, co wyraźnie obwieszczają rzucające się w oczy znaki...




A my zmierzamy do Montany, w myśl cytatu "Zawsze jest jeszcze Montana..." (z jakiego filmu? pierwsza osoba, która odpowie dostanie bułgarską pamiątkę). Tam lokujemy się w hotelu Montana, wstawiamy motki za bramę podwórka/parkingu, płacimy za pokój w mieszanej walucie BGN+EUR i idziemy w miasto. Najpierw na piwko na czymś w rodzaju rynku, gdzie przede wszystkim obserwujemy ludzi. Chyba były jakieś występy lokalnych grup taneczno-wokalnych, bo jest mnóstwo dzieci i młodzieży w regionalnych strojach, Widzimy tez jak jedna dziewczynka zawzięcie ćwiczy stójki na lekko za dużym rowerze górskim - sama, bo chłopcy z chyba tej samej ekipy ćwiczą w swoim gronie.




Kolację robimy sobie we własnym zakresie, czyli odwiedzamy Billę i kupujemy przygotowaną rybkę, pieczone ziemniaki i grillowane warzywa (i wino). Są jeszcze krewetki, ale paskudnie niesmaczne. Widać nie jest to bułgarska potrawa narodowa :)


Przejechane: 362 km


2 komentarze:

  1. Czy chodzi o film "Człowiek z blizną"?

    OdpowiedzUsuń
  2. Wczoraj znajomy powiedział mi o tym blogu. Każdy z tego blogu na pewno może się dowiedzieć bardzo dużo.

    OdpowiedzUsuń