wtorek, 4 października 2016

Himalaje 2016 - Dzień 5 - Uziemione w osuwisku

07 sierpnia 2016 - niedziela

Dzień miałyśmy zacząć o wyjścia do świątyni i posłuchania modlitw mnichów. Jednak po sprawdzeniu okazało się, że to nie miały być grupowe modlitwy, tylko medytacja jednej osoby, bez bębenków, trąbek i innych rekwizytów, które by to uatrakcyjniły, więc odpuszczamy. Nie odpuszczamy za to jogi - tym razem na dachu hotelu. Pogoda na to pozwala, bo nie pada, choć jest wilgotno. Niektórym po wczorajszych baletach joga idzie nieco słabiej i nawet pozycja trupa jest zbyt wymagająca ;) Trzeba przyznać, że krajobraz dookoła, którego nie miałyśmy okazji zobaczyć wieczorem jest całkiem całkiem. Wioskę otaczają góry, w których wydrążone są jaskinie medytacyjne, gdzie mnisi zaszywają się na długie miesiące.





Po śniadaniu idziemy zwiedzić świątynię. I dwa sklepiki z pamiątkami, które zawsze przy klasztorach funkcjonują. Widzimy, że nowa się buduje. Wchodzimy więc na tern starej, w której modli się czterech mnichów (a jednak). Nagle słychać znaną każdemu melodyjkę polifoniczną. Stara nokia. Temu, który wybija rytm na bębenku dzwoni telefon. Nie przerywając ani modlitwy ani stukania, przekłada pałeczkę do drugiej ręki i odbiera telefon. Przez chwilę prowadzi rozmowę, cały czas wybijając rytm, gdy pozostałych trzech mnichów gardłowo mruczy mantrę...









Wracamy do hostelu, ale nie możemy jechać. Na naszej drodze, jakieś 20 km od Tabo osunęła się ziemia. Droga jest nieprzejezdna i minie kilka godzin, zanim ją udrożnią. Osuwisko jest spowodowane nocnymi intensywnymi opadami deszczu w ostatnich kilku dobach. Ola i Bawarka jadą z Matem ocenić sytuację na miejscu własnymi oczami, bo czasami nie należy wierzyć w to, co mówią Hindusi, W sumie w planach mamy odbicie z głównej drogi do wioski Comic, najwyżej położonej zamieszkałej wioski (4900 m npm), więc może ta odnoga jest dostępna i przejezdna.
Wygląda więc na to, że mamy dłuższą chwilę wolnego czasu na nicnierobienie.





Landslide okazuje się błotnisty (na szczęście nie osunęły się na drogę wielkie głazy, co czasami się zdarza) i powinni udrożnić drogę w ciągu 2h, więc wyjedziemy z Tabo koło południa, w sam raz na otwarcie. To oznacza, że zjemy tu jeszcze szybki, wczesny lunch.

Minutę po południu ruszamy. Droga nie jest wyasfaltowana, więc znowu jest off. Dojeżdżamy do miejsca landslidu i... czekamy, bo prace jeszcze nie są zakończone. Podobno jeszcze pół godziny. Przepychamy się na pole-position, żeby wystartować jako pierwsze gdy droga stanie się przejezdna. Podłoże nie jest przyjemne do jazdy - kleiste błoto, które mlaszcze przy każdym kroku i wsysa jak bagno gdy stoi się nieruchomo. "Idealne" na nasze niezbyt terenowe opony.




Na przodzie kolejki atmosfera jest dość luźna. Kilku "nadzorców", roześmiane drobne kobietki na pace jakiegoś pick-upa, kawka i ciasteczka (bo zawsze znajdzie się ktoś, kto pojedzie gdzieś i zorganizuje przegryzki i napoje dla utkniętego społeczeństwa), a gdzieś dalej jeden gość w koparce przerzuca ziemię w dół, do rzeki. Po drugiej stronie osuwiska (nie widzimy) podobno pracuje druga koparka. Szczerze, to nie widzę, żeby wszystko było gotowe w ciągu pół godziny. Widzimy jeszcze z 5 - 6  "kupek" na drodze, a sprzątanie jednej trwa wieki. Pozostaje nam czekać.






Kiedy koparka uporała się z najbliższą nam kupką ziemi, z pickupa wysiadły kobiety... z łopatami, kilofami i motykami i zaczęły równać drogę. Większe kamienie usuwały ręcznie, ale praca nie szła jakoś bardzo żwawo. Zapewne niektórzy z was słyszeli opowieści jak to w Indiach do obsługi łopaty potrzebne są dwie osoby - to nie są opowieści wyssane z palca i tu było tego potwierdzenie. Niektóre z nas nawet w czynie społecznym rzuciły się do pomocy w oczyszczaniu drogi, co oczywiście spowodowało ogólny wybuch śmiechu.



Czas płynie, a mu stoimy w miejscu. Co prawda podsuwamy się co jakiś czas do przodu, w miejsce byłych kupek ziemi, ale są to metry, a nie kilometry. W dodatku nawet nie wiadomo gdzie stać - czy w miejscach, w których była osunięta ziemia (czyli w takich, w które w momencie może zjechać coś nowego), czy pod skałami, które są bardzo kruche i co jakiś czas jakiś drobny odłamek spada na głowy (chyba GaGatek usiadła na "kamieniu" który w momencie rozsypał się na kilka mniejszych, jakby był suchą gliną, a nie skałą). W dodatku co jakiś czas zaczyna padać. Nie wiadomo co lepsze - siąpiący deszcz, czy oczekiwanie w upale. Myślimy czy nie udałoby się przecisnąć i próbować sforsować osuwisk na motocyklach, ewentualnie je przenieść. Jest nas trochę, dałybyśmy radę, ale wojskowy kierujący akcją nie daje nam pozwolenia.





Już wiemy, ze musimy odpuścić wjazd do Comic. Nie zdążymy. Na osłodę dostajemy od Mata mango. Tym razem chyba Dewa, nasz mechanik, "wyskoczył" po prowiant. W dodatku doszły nas słuchy, że zrobiło się jakieś małe osuwisko za nami, więc z ewentualnym zawróceniem też może być problem.



Widzimy koparkę pracującą od drugiej strony. I pojazdy, które przeciskają się w oczyszczone przez nią miejsce. Jeśli tam wygląda to tak jak tu, gdzie samochody i motocykle zajmują całą szerokość drogi, to będzie pewien problem z płynnością ruchu i tym, kto ma komu ustąpić. Przypomina mi się sytuacja z Gruzji, gdzie zamknięto przejazd kolejowy i wszyscy, po obu stronach, ustawili się "w pierwszym rzędzie". Po otwarciu zapór zaczęła się całkowita dzicz i wolna amerykanka. tu będzie to samo, tylko nad przepaścią ;)




Koparki się spotykają, co oznacza, ze możemy jechać. Błoto wsysa. Zajeżdża mi drogę jakiś Hindus na moto i utyka na dobre, przy okazji blokując mnie. Omijam go jakoś i jadę dalej, przeciskając między pojazdami stojącymi z przeciwnej strony.


Uff, wreszcie JEDZIEMY. Jest po piętnastej... Nie wiem czemu, ale mam drobne problemy z zumo, które nie widzi satelitów i czasami ma problemy z zasilaniem. W pewnym momencie orientujemy się, że brakuje 4 dziewczyn. Stajemy za mostkiem, a Ola się wraca. Okazuje się że po drodze jednej Orlicy przydarzyła się gleba, więc stąd opóźnienie.







Jak już jesteśmy w komplecie ruszamy do największego klasztoru w okolicy - Key Monastery. W 2000 roku gościł tu Dalaj Lama. AnTośka chce coś pokręcić z drona, zwłaszcza, że ozdobne malunki na asfalcie są świetnym i gustownym lądowiskiem, ale mnisi nie pozwalają na to i kręcenie odkładamy na później - na powrót w dół po serpentynach.


















Zjeżdżamy do Kaza, gdzie w totalnym chaosie, przez trzy kwadranse tankujemy motocykle. Na stację, z jednym dystrybutorem dla paliwa każdego rodzaju podjeżdża się w dowolny sposób i kolejka nie ma tu nic do rzeczy. Jakiś facet w białym Tata był przed nami, ale w pewnym momencie się całkowicie poddał. Przed nas zresztą też powpychali się jacyś ludzie. Oczywiście był też lekki problem z wydawaniem reszty za zatankowane paliwo, jak i w ogóle obliczaniem należności.



Nie dojedziemy do Losar - droga zajęłaby jeszcze ze dwie godziny, a już jest zmierzch. Zostajemy w Kaza, w hostelu White Lion. Standardowo nie ma prądu, a co za tym idzie - ciepłej wody w łazienkach w pokojach. Mogą nam jednak taką przynieść - w wiadrach. Gdy całkowicie się ściemnia odpalony zostaje generator, ale i tak nie ma ciągłości w dostawie prądu. Pozostaje więc tylko coś zjeść, wypić piwo, za które rano dostaniemy super skomplikowany pisemny rachunek, i iść spać. Jutro musimy nadrobić kilometry, których dzisiaj nie udało się przejechać.







Przejechane: 83 km; Tabo -> Kaza

(ślad koślawy bo zumo nie łapał sygnału)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza