sobota, 24 września 2016

Himalaje 2016 - Dzień 1 - Orlice nadlatują

02 sierpnia 2016 - wtorek
03 sierpnia 2016 - środa

Podróż w zasadzie zaczyna się w poniedziałek. Ruszam do Warszawy załatwić ostatnie służbowe sprawunki, a także przedwyjazdowe "przyjemności".Zdaję "fokę", czyli firmowego focusa, odsyłam laptopa do Anglii. I robię "flagowy" manicure. W dodatku przeżywam Godzinę "W" w samym środku Warszawy... niesamowite... Wieczorem jeszcze odbieram naklejki, które "gonią" mnie przesyłką konduktorską i już jestem gotowa na przygodę.

We wtorek zamawiam taxi i jadę na lotnisko. Tam szybko udaje mi się zlokalizować kilka Orlic. Jeszcze gadka-szmatka, rozdawanie spódniczek i drobne wymiany bagażu podręcznego (bo musimy wziąć drona i inny sprzęt) i możemy się odprawić, pożegnać wszystkie osoby towarzyszące i udać się w głąb lotniska. Przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa i szwendamy się chwilę ale w końcu jest "final call" na nasz lot i musimy się zapakować do samolotu. W środku nie siedzimy jakoś blisko siebie.

Lot jak lot - lunch, winko, film. Tym razem "Eddie Orzeł" - lekka komedia, choć sporo w niej nieścisłości (styl V wtedy? ;)) ale na odmóżdżenie w locie w sam raz.

W Doha, gdzie się przesiadamy jest 41 stopni, więc dobrze, że cały czas przesiadki spędzimy na klimatyzowanym lotnisku. Samolotowe żarcie jet jakie jest, więc idziemy na coś normalnego do lotniskowej knajpy. Akurat jest tyle czasu, żeby zjeść i pójść na następny lot, ty,m razem dreamlinerem. A tam czekam mnie niespodzianka - upgrade do biznes klasy i miejsce 1A ;)

Cóż zrobić. ;) Jako drinka powitalnego dostaję różowego szampana, wybór żarcia tez jest niezły, a przestrzeni na nogi tyle, że nie dostaję do podnóżków ;) No i fotel rozkłada się do pełnego poziomu. Milusio. Lot upływa mi z Russellem Crowe na ekranie. I z Przebudzeniem Mocy :)




Niestety lot nie trwa zbyt długo, a szkoda :) i zbliżamy się do Delhi.


Trzeba wypełnić kwitek imigracyjny wpisując nazwę hotelu, a ja oczywiście zapomniałam co tam mam napisać. Jakoś ogarnę to na lotnisku. Tak jak i e-wizę - oczywiście kolejki do stanowisk są długie i zgodnie z prawami Murphy'ego "kolejka w której nie stoisz zawsze porusza się szybciej". W końcu mam wszystkie kwity i mogę iść odebrać bagaż. I wymienić kasę.


Teraz czeka nas kilka godzin koczowania, bo nie odprawią nas na kolejny lot. Siedzimy więc i czekamy. Po jakimś czasie jesteśmy już w komplecie, bo niektóre dziewczyny przylatują z innych miejsc albo innym lotem.




Niestety na lotach krajowych właśnie się zagęściło, więc lokalnym zwyczajem po prostu przechodzimy do przodu uznając, że tak ma być i my tam stałyśmy. Jeszcze trzeba windą przejechać dwa piętra wyżej, co dodatkowo robi "korki". Przed odprawą musimy się jeszcze przepakować, bo bagaż rejestrowany nie może ważyć więcej niż 15 kg. Co się większości z nas udaje. Odprawiamy się - na kartach pokładowych mamy napisaną bramkę 42c, a na ekranach nasz lot wyświetla się jako 42a... Indie...



Teraz musimy poczekać. Część z nas oddaje się lekturze (GaGatek przywiozła dla każdej papierowy egzemplarz Outdoor UAE z artykułem o naszej wyprawie), a inna część idzie na bezcłówkę kupić jakieś procenty, bo w wyniku przepakowań jakaś whisky zawieruszyła się w podręcznym i musiała zostać w strefie kontroli bezpieczeństwa... dziewczyny nie oddały jej bez walki i większość wypiły ;) Wg informacji lot ma być (bo najczęściej go odwołują), ale będzie opóźniony. To powoduje jakieś spięcie lokalesów z obsługą, ale to w sumie też typowy lokalny obrazek. Potem się okazuje, że opóźnienie dotyczy jednak innego niż nasz lotu i lecimy punktualnie. Żeby tylko dziewuchy zdążyły wrócić z tą wódą ;)



Wsiadamy do turbośmigłowego samolotu, który przez najbliższą godzinę przenosi nas w góry. Obok nas leci wesoły Grek, który dziwi się, że na wakacje przyjeżdżamy w góry, a nie nad morze. On tu przyjechał do pracy, nadzorować budowę tunelu pod przełęczą Rothang. Podobno ma być gotowy na 2019 rok... Ciekawe, czy będzie. Siedzimy w ostatnich rzędach i gdy ten pikuje mocno w dół w poszukiwaniu lotniska czujemy się jak w filmie z Jamesem Bondem. Latałam w życiu sporo, ale pierwszy raz miałam tak ostre zejście do lądowania. Na szczęście wszystko się udaje i dajemy nawet radę wyhamować na krótkim pasie.





Chwilę czekamy na nasz dalszy transport - nikt się nie spodziewał, że jednak przylecimy i bardziej prawdopodobna była opcja jazdy przez 14 h busikiem. Niemniej jednak po chwili pojawiają się dwa auta, do których wsiadamy (bagaże lądują na dachu) i jedziemy 40 km do Manali, a nawet ciut za - do Vashist. Meldujemy się w Surabhi Hotel.




Rozlokowujemy się w hotelowych pokojach i zaczynamy od rzeczy najważniejszych - powitalnego piwka i czegoś do jedzenia w World Peace Cafe na dachu hostelu. No to się zaczęło!


Czas na prysznic i odpoczynek - kilka godzin drzemki przed popołudniowo-wieczornymi atrakcjami. Na moją część łóżka (bo mamy małżeńskie ;)) kapie woda z sufitu - wielkie krople zbierają się na linii wyznaczonej przez kabel prowadzący do lampy. Obsługa sugeruje przesunąć łóżko (już sama na to wpadłam) a poza tym nie przejmuje się tematem.


Skoro już jesteśmy wypoczęte, możemy pójść pozwiedzać. Wioska jest niewielka, ale ma jedną ciekawą atrakcję - gorące źródła na terenie świątyni, służące miejscowym za łaźnie. Oczywiście idziemy tam, ale okazuje się, że gorące to znaczy naprawdę gorące. Wrzące. Większość z nas nie jest w stanie zanurzyć tam nic więcej niż jeden palec i to na krótko. Najbardziej odważna jest TAGDB, która pierwsza wchodzi (no... trochę jej to zajmuje) do wrzątku i zanurza się po szyję. Oczywiście wszystko przy udziale publiczności złożonej z Orlic i lokalnych kobiet, które dają nam dobre rady typu "jeśli nie będziesz się ruszać, to będzie łatwiej". Postanawiam i ja spróbować - najpierw jednak przyzwyczajam się do gorąca w sekcji obok, gdzie rurkami spływa gorąca woda. Dopiero potem próbuję się zanurzyć. Rzeczywiście - jak człowiek się nie rusza i nie miota to daje radę, a po chwili to nawet jest przyjemnie.






Po kąpieli czas na kawkę. Siadamy w German Bakery i zamawiamy kawy i ciastka. Dosiada się do nas trzech gości z Izraela, jeden ze złamaną ręką, którzy opowiadają gdzie to nie byli jak to nie kozaczyli, psując jeden motek i spadając drugim w przepaść do rzeki. Będziemy jechać tym samym odcinkiem, to sprawdzimy, czy rzeczywiście jest tam tak ciężko.




Nadchodzi czas na rzecz najważniejszą - odbiór i wybór motocykli. Stoją na hostelowym parkingu, w równym rzędzie. Każda z nas podchodzi do upatrzonej maszyny. Odwieczne pytanie - czy to dobry wybór? Czy motek będzie się dobrze sprawować? To się okaże. Mój jest lekko pokiereszowany - ma kilka otarć i nieregulowane lewe lusterko po jakiejś glebie, ale jakoś tak jest pierwszym, który przykuwa moja uwagę. Przyozdabiamy motki naklejkami i odpalamy. Będzie fun!







Po wybraniu motków idziemy do Manali na kolację. Jest w dół, więc te kilka km pokonujemy na piechotę, po drodze chłonąc lokalny folklor. I słuchając lokalesa w kwestii skrótu - w efekcie lądujemy na stromej błotnistej ścieżce w jakimś zaśmieconym i zasr...-nie-powiem-co-jeszcze lasku z krzaczkami zioła.




Perspektywa ma znaczenie ;)








W Manali chwilkę włóczymy się po głównym deptaku i kierujemy się do knajpki. "Pierwszej z brzegu". Obsługa dziwnie się na nas patrzy i chyba jest nieco zszokowana obecnością 11 wyluzowanych babek. Gdy prosimy o piwo (którego nie ma) to już całkiem głupieją. Najbardziej głupieją na widok blondynek (i pytanie do Asi: "can I touch your hair"). Stoły są brudne, szmata je z lekka omiatająca jeszcze bardziej, ale jedzenie w zasadzie smaczne. Czyli klasyka Indii.





Po jedzeniu jeszcze chwilę chodzimy po głównej ulicy, po czym łapiemy motoriksze i wspinamy się drogą do hostelu. Mamy obawę, czy riksze dadzą radę, zwłaszcza ta, w której jadę, bo nie brzmi zbyt dobrze, a tempo jazdy ma wolniejsze niż tempo marszu, ale szczęśliwie dojeżdżamy. Pierwszy dzień w Indiach kończymy piwkiem w knajpce na dachu hostelu, przy świeczkach, bo wyłączyli prąd. Musimy się chyba do tych braków elektryczności przyzwyczaić - potem mają zdarzać się jeszcze częściej.


A jutro... ruszamy w trasę!

3 komentarze:

  1. Pięknie się zapowiada!!
    Ja już też zaplanowałem ten kierunek na kolejną (po Laosie) wyprawę - chcemy wjechać w Upper Mustang w Nepalu

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń