piątek, 24 sierpnia 2012

Lody włoskie 2012 - Pierwsze lody dla ochłody

12 sierpnia 2012 - niedziela

Wstajemy koło ósmej rano. Za oknem piękne słońce i chyba całkiem "letnia" temperatura. Zjadamy śniadanie: ja croissant i "hajseszokolade", Leff croissant i "kafelate". Słodko :)
Wracamy do pokoju, żeby się spakować i ruszyć w drogę. W wyniku jakiejś gry skojarzeń Leff mówi coś co jednoznacznie kojarzy nam się z piosenką "You spin me round" w wykonaniu Dead or Alive. Natychmiast przez fifirifi wchodzę na jutjuba i oglądam ten "ostry" kawałek z lat osiemdziesiątych :)

Leff majstruje coś jeszcze przy uchwycie do nawigacji przy pomocy taśmy McGyvera i śle Jarkowi SMSa, że "sprawdza mi przody, tarcza chłodna, gumka trzyma, klocki OK" ;) Po wymianie klocków hamulcowych w przednim kole ze starych na nowe i z powrotem na stare Jarek prosił o kontrolowanie grzania się tarczy...


Ubieramy kurtki (ale wypinamy wszelkie warstwy ocieplające) i ruszamy w stronę Włoch. Okazuje się, że owszem, na parkingu temperatura jest upalna, ale podczas jazdy rześkie górskie powietrze mocno schładza, więc po kilkunastu minutach jazdy zajeżdżamy na parking i wpinam membrankę w swoją siatkową kurteczkę.


Standardowo przed granicą z Włochami są ograniczenia prędkości do 20 km/h i "przekierowanie" na boczne pasy - ichniejsza służba drogowa sprawdza czy każdy pojazd ma winietkę. Nasze motki mają, więc przejeżdżamy spokojnie, ale widzimy jednego cwaniaka, co nie chciał zapłacić "piątaka" więc zapłaci "dwadzieścia"...

We Włoszech widzę znaki, że za kilkadziesiąt kilometrów będzie MOP "Campiolo", co wywołuje miłe wspomnienia z mojego pierwszego pobytu we Włoszech w roku 1991. Opowiadam Leff historię o wyjeździe dużym fiatem z przyczepą kempingową do Italii, przejeździe przez dolomity gdy pół rodziny cierpiało na chorobę lokomocyjną, inwazji muszek jednodniówek i parkingowym "szajseautomat" - automatycznym kibelku, który po każdej osobie rozpoczynał program mycia i czyszczenia, a akurat podjechał autokar ludzi i ci z nich, którzy weszli do kibelka z pominięciem programu czyszczenia parę sekund później byli wystawieni na widok publiczny bez gaci, bo czujniki otwierały drzwi. Pomimo sentymentu do miejsca nie zatrzymujemy się na Campiolo tylko gnamy w kierunku Triestu.

Zjeżdżamy z autostrady, przeklinając cenę przejazdu i kierujemy się na centrum Triestu. Leff pokazuje mi miejsce, gdzie dwa miesiące temu naprawiał Giselle, której poluzowały się śrubki. Potem zajeżdżamy w okolice portu, żeby znaleźć pewną ławkę z pewnymi naklejkami. Inne ławki są zajęte, ale na tej nikt nie siedzi :) Musimy wyglądać co najmniej dziwnie, gdy zaglądamy pod siedzenie, czołgamy się, robimy zdjęcia. A my tylko "odwiedzamy Jasinka" - niedoszłego uczestnika wyprawy dookoła Adriatyku sprzed dwóch miesięcy.





Jest ciepło więc zrzucam z siebie trochę ciuchów, robimy kilka fotek i rozpoczynamy mini gubing w poszukiwaniu jakieś knajpki i lunchyku.




Miasto jest podejrzanie puste. Otwarte są dwie knajpy na krzyż, ludzi nie ma. Siadamy w jednej knajpce i zamawiamy pierwsze włoskie pyszności.





Dobra, teraz czas na lody. W pobliżu nie ma żadnej lodziarni ani kawiarni. Za to jest bankomat, a ja nie mam żadnych euro. Przy bankomacie stoi jeden klient, więc czekam. Facet wykonuje dziwne operacje i ruchy, mija pięć minut, a on dalej coś klika i walczy z opadającą osłoną przeciwsłoneczną. Ok, to idziemy poszukać lodziarni, jak wrócimy to wypłacimy kasę. Obchodzimy katedrę, nie ma lodziarni ani kawiarni. Ktoś mówi nam, że trzysta metrów w prawo jest lodziarnia - podjedziemy tam na moto. Wracamy pod bank. Facet dalej walczy z bankomatem. Zrezygnowani porażką lodowo-bankomatową zaczynamy pakować się na motocykle. Kątem oka widzę, że bankomat jest już "wolny" więc lecę wypłacić sto pięćdziesiąt. Wsiadamy na motki i jedziemy w kierunku lodziarni. Okazuje się, że to Starbucks i w dodatku zamknięty. Zaczynam tracić nadzieję na to, że w Trieście zjem lody. Mam już pomysł wjazdu na jakąś stację benzynową i zjedzenia lodów na patyku czy w rożku, ale to nie to. Na drodze wyjazdowej z miasta widzę jednak szyld i wielkiego loda na chodniku. Nadaję komunikat prze interkom "Stop. Hamuj. Lody. Po prawej". Leff rozpoczyna hamowanie awaryjne, ja za nim. Stajemy przed knajpką. Zamawiamy kawkę i lody. No! Jest dobrze!



Lody zjedzone, kawka wypita, makijaż poprawiony.


Lokalnymi drogami ruszamy w kierunku Padwy. W pewnym miejscu widzimy na drodze ferrari, które jakoś dziwnie jedzie... szarpie, wyje, jedzie 50km/h więc chyba na jedynce. Jechać za nim strach, bo nieprzewidywalne, wyprzedzić też, bo jak nagle mu się dwójka wrzuci, to nam zaparkuje w tyłkach. W dodatku nie może ruszyć spod świateł, czym wywołuje klaksonowy alarm. Na jakimś skrzyżowaniu udaje nam się ominąć czerwone autko i w środku widzimy dwóch dziadków - chyba na jeździe próbnej ;)

Do Padwy dojeżdżamy około dziewiętnastej. Leff chce mnie zabrać do restauracji La Meridiana, którą z chłopakami testował dwa miesiące temu. Niestety. La Meridiana jest zamknięta. Leff się wkurza ale szybko udaje się znaleźć inną ristorane, gdzie jemy pyszną pizzę i pijemy po piffku i dłuuugo gadamy...




Pytamy kelnerkę o jakiś nocleg. Mówi nam, że dwa kilometry, może kilometr stąd jest możliwość przenocowania. Sprawdzamy na GPS i widzimy, że wskazane miejsce jest max. 100 metrów od nas. Chyba pani kelnerka ma problemy z oceną odległości, albo satelity robią nas w trąbę. Ostatecznie okazuje się, że GPS miał rację. Parkujemy motki w ogródku przynoclegowej restauracji. Zauważam, że w zbiorniczku płynu hamulcowego jest przeciek... widać tu gumka nie trzyma. Trzeba będzie się tym zająć.

Pijemy jeszcze dwie karafki białego wina, czyli w sumie litra i idziemy spać.


12 komentarzy:

  1. Nie pamiętam który to grzech główny ale ZAZDROSZCZĘ jazdy na motorku i przede wszystkim tego pysznego jedzenia. A ja nic tylko 'burger' albo coś tam i jako dodatek 'ham & cheese' . Masakra !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze są czikeny w ofercie ;)

      Usuń
    2. W sumie racja, czikeny są częściej. Chicken, chicken and dumplings, chicken pesto pasta, breaded chicken, spicy chicken, chicken fajita, chicken tender, chicken and parmesan, chicken & chicken :|

      Usuń
    3. Aha, a o doktorki jak i o inne napoje ostatnio trudno...

      Usuń
  2. Włosi, to bardzo gościnny naród i niekoniecznie łasy na "piniondze". Byliśmy częstowani obficie tu i tam i nie wzięto od nas złamanego centa...; )

    pnajśw. pam. leff

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leff ... uprzedzasz fakty ;-)
      O korzyściach materialnych będzie w kolejnych postach. ;-)

      Usuń
  3. To nie uprzedzanie faktów, to tzw. teaser... ;)

    ...leff

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a może strip-teaser? ;)

      Usuń
    2. To chyba już raczej chip'n dale... ;)

      ...leff

      Usuń
  4. Świetnie napisany artykuł. Mam nadzieję, że będzie ich więcej.

    OdpowiedzUsuń